Aleksandra Szyłło: Panie profesorze, monitoring jest coraz bardziej obecny w naszym życiu: kamery na ulicach, osiedlach, w przedszkolach, szkołach, szpitalach, windach, miejscach pracy. Czy monitoring jest niemoralny? Pojawiają się głosy, że tworzymy niekontrolowanego Wielkiego Brata, a zamiast uczyć dzieci odpowiedniego zachowania, uczymy powszechnej inwigilacji.

Prof. Jan Hartman: Niewątpliwie potrzebujemy prawa określającego, kto i gdzie może kamerę zamontować, ile i jak przetrzymywać nagrania i komu je udostępniać (policji, prokuraturze). Potrzebujemy też jasno określić konsekwencje za złamanie takich procedur. Z mojego punktu widzenia etyczne są kamery oznakowane i w miejscach usprawiedliwionych: np. nad bankomatem. Co do kamery nad każdą ulicą czy aleją w parku już mam wątpliwości.

Monitoring stał się pomysłem marketingowym, jest też coraz tańszy, zachłysnęliśmy się więc nim w nadziei, że zapewni nam bezpieczeństwo. Ja bym tego nie przeceniał. Aby mieć poczucie bezpieczeństwa, musimy spełnić inne warunki, niż tylko instalować kamery.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej