Sebastian Kucharski: Gdy kilka miesięcy temu rezygnował pan z programu "Szansa na sukces" powiedział pan, że ujrzał we śnie Jana Pawła Woronicza [patron ulicy, przy której znajduje się TVP -red.]. Teraz wraca pan do telewizji. Znowu miał pan sen?

Wojciech Mann: Dokładnie Woronicz powiedział wtedy: "Już czas". Ale to był oczywiście żart, którego teraz już nie ciągnę. Ale jeśli TVP po 19 latach zapowiadania programu "Szansa na sukces" ma ochotę dalej ze mną współpracować, to spróbuję zrobić coś całkiem swojego. Tam byłem de facto konferansjerem. Bez względu na to co mi się przyśniło przyłożyłem się i spróbuję z własnym programem.

Przez te lata miał pan już różne programy w telewizjach, ale tylko "Szansa" miała ciągłość. Nie ma pan obaw próbując znowu czegoś nowego?

- "Szansa" była takim constansem, która czasem w tle, a czasem na pierwszym miejscu, ale zawsze istniała. Każde nowe przedsięwzięcie wiąże się z ryzykiem. Mimo tylu programów, które mam już za sobą, każdy nowy jest wyzwaniem. Byłoby ideałem, gdyby miał wypreparowaną grupę znających mnie widzów, dla której produkuje wcielenia swojej antenowej obecności. Ale widownia się zmienia. Telewizja też ponosi ryzyko. Nie wiadomo, czy mój program się spodoba, czy jest zgodny z duchem czasu. Licho wie. Nawet szumne projekcje spadają z anteny z hukiem po jednym sezonie, a takie jak "Szansa" trwają. A przecież to nie był program efektowny z latającymi kamerami.
Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej