Do apteki Marysieńka w Katowicach przyszedł przed południem chory z receptą opatrzoną pieczątką "refundacja do decyzji NFZ". Farmaceutka odesłała go z powrotem do lekarza. Ale chory zamiast do lekarza poszedł do innej apteki. Zrealizował tam receptę jak gdyby nigdy nic, a potem wrócił do Marysieńki i zrobił aptekarce awanturę.

- Tu robią tak, tam tak. Trudno się w tym połapać - skarżyła się pani Daniela Kowalska z Katowic. Wczoraj poszła do apteki jedynie na zwiady. - Chciałam się tylko dowiedzieć, czy w ogóle receptę zrefundują i ile mnie to będzie kosztować, bo łykam dużo leków.
Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej