Proces pokazał, że to nic, że ''fakty mówią za siebie''. Ważne jest, w jakie się je ubiera słowa. Szło o tekst o polityczno-gospodarczym mechanizmie stosowanym w Polsce od lat: zwycięzca obsadza ''swoimi'' ludźmi spółki kontrolowane przez skarb państwa.

''Gazeta'' (inne tytuły też) w takich spółkach, związanych z paliwami, odnalazła kilku znajomych Antoniego Macierewicza, za rządów PiS wiceszefa MON, likwidatora WSI. Fakty nie zostały podważone.

Sąd uznał jednak, że nie ma dowodu (pisma polecającego, nagrania rozmowy), iż Macierewicz do tych spółek ich ''wsadzał''. Zdaniem sędzi Haliny Plasoty to słowo, ów ''skrót myślowy'' ma pejoratywne znaczenie, narusza dobre imię. Tyle wygrał Macierewicz.

Przegrał żądanie, by przepraszał go Adam Michnik. Sąd uznał też, że ani ''cześć'', ani ''honor'', ani ''nieposzlakowana opinia'' polityka PiS nie poniosły szwanku, nie trzeba więc go za ich rzekomą utratę przepraszać. Wyciął z treści żądanych przeprosin mocne zdania o ''kłamliwym'' zarzucie ''nepotyzmu'', o ''działaniu na szkodę Rzeczypospolitej''. Zredukował liczbę przeprosin z ponad 20 do jednego razu. Uznał, że nie ma powodu, by zamieszczać je np. w TV Trwam, Radiu Maryja czy internetowych portalach.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej