Na stadionie Lecha trybuna z kibolami siedziała cicho już pod koniec poprzedniego sezonu. W tym też jest cicho, choć piłkarze odruchowo dziękują po meczu właśnie tej stronie stadionu. Doping ratują kibice z innych trybun. A w klubie mówią krótko: to jakiś klincz.

Za "Litara"

Najpierw poszło o kibola pseudonim "Litar". To Krzysztof M., szef stowarzyszenia Wiara Lecha, który jesienią 2010 r. przed meczem reprezentacji na poznańskim stadionie zaatakował rodzinę z dziećmi. Za to, że byli ubrani na biało-czerwono. "Gazeta" ujawniła zapis z monitoringu, na którym widać, jak popycha, uderza i opluwa kibica. Gdy chcą mu pomóc żona z dwójką dzieci, "Litar" pluje.

Władze Lecha najpierw bagatelizowały nagranie. Zareagowały, gdy w maju prokurator postawił kibolowi zarzuty i zakazał wchodzić na stadion. Rozwiązały umowę na catering z należąca do "Litara" firmą Trocadero. Arkadiusz Kasprzak, wiceszef Lecha Poznań, twardo zapowiedział wtedy tę decyzję w "Gazecie". Jednak kibol nadal przewodził stowarzyszeniu Wiara Lecha.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej