W czasach PRL, gdy jednym z priorytetów kraju był rozwój rolnictwa, Bank Gospodarki Żywnościowej miał szczególną pozycję w gospodarce. Nie musiał się za bardzo przejmować ekonomiką, liczyło się tylko, by wykładał kolejne pieniądze na kredyty dla rolnictwa. Do dziś bankowcy wspominają, jak to za czasów Gierka decyzje dotyczące BGŻ zapadały nawet ponad głowami wicepremierów czy ministra finansów. Wystarczyło, że minister finansów i szef NBP próbowali ograniczyć kredytowe szaleństwa BGŻ, a następnego dnia na posiedzeniu Biura Politycznego PZPR grzmiano, że dławi się w kraju rolnictwo. Obowiązywała też zasada, że jak prezes zarządu był ze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, to przewodniczący Krajowej Rady (spełniającej rolę nadzoru właścicielskiego nad bankiem) z PZPR. Przez lata BGŻ był tylko kasą, a nie prawdziwym bankiem - dostawał polecenia z góry i miał tylko wypłacać pieniądze. Nie on decydował o udzielaniu kredytów - zamiast tego były rządowe wytyczne. Bank inwestował w przemysł rolno-spożywczy i Państwowe Gospodarstwa Rolne (PGR) niezależnie od ich kondycji finansowej. Tak było do roku 1990, kiedy okazało się, że w banku znalazł się gigantyczny portfel długów, których nikt nie spłacał. Nic dobrego nie wróżyła też radosna polityka kredytowa banku na początku lat 90. - w 1993 r. kontrola NIK wykazała, że bank stracił ok. 1 biliona starych złotych (obecne 100 mln zł) w wyniku niewłaściwego udzielania kredytów oraz gwarancji złotówkowych i dewizowych, a także z powodu braku odpowiednich zabezpieczeń. Na szczęście dla banku wybory parlamentarne w tym samym roku wygrała koalicja SLD-PSL. Bank zarządzany przez prezesa Janusza Cichosza (on sam wszedł do Sejmu z listy PSL) mógł liczyć na przychylność nowego rządu Waldemara Pawlaka (oczywiście z PSL). O dofinansowanie BGŻ zabiegał zarówno sam premier, jak i PSL, które wynajmując bankowi pomieszczenia w swojej siedzibie przy ul. Grzybowskiej w Warszawie, zarabiało na tym grube pieniądze. Przeciwko pomocy dla BGŻ jeszcze przed przekształceniem banku w spółkę akcyjną protestował wiceminister finansów Stefan Kawalec. Argumentował, że bank ten nadal nie jest jednoosobową spółką skarbu państwa (choć zgodnie z prawem bankowym powinien się nią stać do końca 1992 r.), a skoro BGŻ jest wciąż bankiem państwowo-spółdzielczym, praktycznie nie kontrolowanym przez ministerstwo, nie powinien być wspomagany przez budżet. BGŻ miał bowiem jedyny w Polsce status banku państwowo-spółdzielczego, podczas gdy prawo bankowe dopuszczało jedynie działalność banków państwowych, spółdzielczych i spółek akcyjnych. Jednak już w grudniu minister finansów Marek Borowski uległ naciskom premiera i zgodził się przekazać BGŻ z budżetu 4 bln 260 mld zł w postaci obligacji restrukturyzacyjnych. By liczyć na dodatkową pomoc, BGŻ musiał się jednak przekształcić w spółkę akcyjną. Zanim jednak do tego doszło, premier zdymisjonował Kawalca. Oficjalnym powodem nie była niechęć wiceministra wobec rządowej pomocy dla BGŻ, ale nieprawidłowości związane z prywatyzacją Banku Śląskiego. Na znak solidarności ze swoim zastępcą do dymisji podał się Borowski. Zmiany zaszły też w samym banku. Cichosza na stanowisku prezesa zastąpił Kazimierz Olesiak, stary działacz ZSL, który wcześniej był m.in. doradcą wicepremiera od 1968 r., a później wiceministrem finansów, wicepremierem i ministrem rolnictwa w rządzie Mieczysława Rakowskiego.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej