W czasach PRL, gdy jednym z priorytetów kraju był rozwój rolnictwa, Bank Gospodarki Żywnościowej miał szczególną pozycję w gospodarce. Nie musiał się za bardzo przejmować ekonomiką, liczyło się tylko, by wykładał kolejne pieniądze na kredyty dla rolnictwa. Do dziś bankowcy wspominają, jak to za czasów Gierka decyzje dotyczące BGŻ zapadały nawet ponad głowami wicepremierów czy ministra finansów. Wystarczyło, że minister finansów i szef NBP próbowali ograniczyć kredytowe szaleństwa BGŻ, a następnego dnia na posiedzeniu Biura Politycznego PZPR grzmiano, że dławi się w kraju rolnictwo.
Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej