http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wymarły dom czworga ludzi

Agnieszka Jucewicz
2011-03-29, ostatnia aktualizacja 2011-03-29 22:00

Socjolożka Susan Maushart zorganizowała półroczny detoks od komputerów i komórek dla?swojej rodziny. Na zdjęciu 
z dziećmi: Anną, Susan i Billem
Socjolożka Susan Maushart zorganizowała półroczny detoks od komputerów i komórek dla?swojej rodziny. Na zdjęciu z dziećmi: Anną, Susan i Billem
Fot. Frances Andrijich AP

W środku nocy z ekranu laptopa koleżanka Sussy krzyknęła: 'Cześć, Susan!'. Kto jeszcze i o jakiej porze dnia lub nocy może wejść w ten sposób do naszego domu? - pomyślałam

ZOBACZ TAKŻE
Tej historii nie można opowiedzieć, nie wspominając o klasycznej pozycji na amerykańskiej liście lektur, o 'Waldenie' Henry'ego Davida Thoreau. W połowie XIX wieku ten amerykański pisarz i filozof przeprowadził na sobie eksperyment, który opisał później w zbiorze esejów. Thoreau uciekł od cywilizacji, na dwa lata zaszył się w lesie, wybudował tam chatę i utrzymywał się z pracy własnych rąk. Chciał w ten sposób lepiej zrozumieć otaczający go świat, dotknąć życia takim, jakie jest, bez udogodnień, luksusów i rozbuchanych potrzeb.

Książka jest jednocześnie poradnikiem przetrwania w głuszy, opisem duchowej podróży i krytyką wartości ówczesnego świata zachodniego z jego rozpędzonym konsumpcjonizmem. Od lat inspiruje tych, którzy nie godzą się na współczesną chciwość i postęp za wszelką cenę. Dla Susan Maushart, amerykańskiej socjolożki i dziennikarki z doktoratem z ekologii mediów, 'Walden' to Biblia. Czyta tę książkę przynajmniej raz do roku i zawsze wtedy, kiedy wydaje się jej, że świat zwariował. To właśnie ona zainspirowała ją do podjęcia podobnego eksperymentu. Jednak doświadczanie 'prawdziwego życia' w XXI wieku polega na wyłączeniu wirtualnego świata.

Inne mózgi

To nie był histeryczny wybuch matki, która ni stąd, ni zowąd stawia szlaban na internet. To było przekonanie, które narastało w Maushart od lat. 'Trzeba coś z tym zrobić' - myślała nieraz, obserwując trójkę dorastających dzieci. W 2008 r. każde z nich miało parę słuchawek, laptopa, komórkę, iPhone'a, iPoda, playstation i po jednym odbiorniku telewizyjnym na pokój. Dom, w którym mieszkało czworo ludzi, był jak wymarły. Po przekroczeniu progu każdy znikał w swoim pokoju i przepadał w wirtualnym świecie. Tylko dźwięk SMS-a albo sygnał czatu zdradzał, że tutaj jednak ktoś żyje. Dzieci, odrabiając lekcje, potrafiły jednocześnie czatować z przyjaciółmi, śledzić znajomych na Facebooku, 'twittować', oglądać teledyski na YouTubie i słuchać muzyki.

'Nasze mózgi są inaczej zbudowane, mamo' - tłumaczyli Sussy, lat 14, Bill, lat 15, i Anni, lat 18. "Potrafimy robić wiele rzeczy jednocześnie'. Maushart jako socjolog wiedziała, że ten argument ma zwolenników wśród znanych psychologów i badaczy trendów. Powstało mnóstwo książek na temat nowego pokolenia, które nie tylko korzysta z mediów, ale wręcz je zamieszkuje. To pokolenie nie pamięta czasów sprzed Google'a, e-maila i SMS-ów. Wielu z nich nie ogląda już nawet telewizji, tylko ściąga programy na twardy dysk. Nazwano ich 'pokoleniem M' (od mediów), 'cyfrowymi obywatelami', 'digitalnymi autochtonami'. Maushart, lat 52, w tym świecie mogła być co najwyżej imigrantką. Chociaż w pełni zasymilowaną, bo przyznaje, że od kiedy kupiła sobie iPhone'a, nie mogła się z nim rozstać. Był z nią wszędzie - w toalecie, w łóżku, w samochodzie i na plaży. Pierwszą rzeczą, którą robiła po przebudzeniu, było sprawdzenie e-maili i czytanie internetowych wydań gazet. Jej dzieci nie wyłączały laptopów nawet w nocy. Maushart nieraz znajdowała najmłodszą Sussy na bezmyślnym gapieniu się w ekran o 2 nad ranem, a Billa - na zabijaniu ludzi w wirtualnym świecie w środku nocy. Apogeum nastąpiło w momencie, gdy weszła do pustego pokoju Sussy, a z ekranu otwartego laptopa zamachała do niej koleżanka córki, krzycząc wesoło: 'Cześć, Susan!'. To dało jej do myślenia, kto jeszcze i o jakiej porze dnia lub nocy może wejść w ten sposób do ich domu?

Pe-żet

Maushart zaczęła mieć poczucie, że 'prawdziwe życie' ('pe-żet' - jak mówił z pogardą jej syn) coraz częściej dzieje się tylko po to, by dostarczać jej dzieciom treści do zaznaczenia swojej obecności w wirtualnym świecie. 'Pe-żet' było tylko próbą kostiumową. Doświadczało się życia po to, żeby zmienić status na Facebooku, podzielić się nowymi zdjęciami z przyjaciółmi, rzucić jakiś intrygujący cytat, a nie po to, by po prostu żyć. Bez cyfrowego przedłużenia życie jako takie nie miało sensu.

Maushart coraz częściej mówiła do pleców swoich dzieci pochylonych nad klawiaturą, coraz rzadziej miała okazję patrzeć im w oczy, bo właśnie wysyłały kolejnego SMS-a albo zmieniały ścieżkę muzyczną na iPodzie. Coraz rzadziej siadali razem do stołu. Bill żywił się głównie płatkami i zupkami chińskimi, drugą ręką obejmując joystick, a dieta Sussy składała się z przekąsek i przegryzek, bo nie chciała tracić czasu na pełen posiłek. Kiedy udawało im się w końcu wyjść razem do restauracji, każde z nich pochłaniało kolację w mgnieniu oka i nerwowo przebierało nogami, żeby jak najszybciej opuścić lokal.

Bez prądu

W grudniu 2008 r. Maushart powiedziała: 'Dość!', i zarządziła sześciomiesięczny detoks - żadnych komórek, komputerów, iPhone'ów, iPodów, telewizorów. Z komputerów dzieci mogły korzystać jedynie w szkole i u znajomych. Dom stał się oazą wolną od kabli. Przez pierwsze dwa tygodnie wolną od elektryczności w ogóle - bo socjolożka Maushart postanowiła zacząć od terapii szokowej i na pierwsze 14 dni wyłączyła korki. Przy świecach, kąpiąc się w zimnej wodzie i korzystając z przenośnych toreb-lodówek, rodzina Maushartów przeżywała męki zespołu odstawienia. Bo - Maushart mówi to wprost - wszyscy, bez wyjątku, byli uzależnieni.

Powrót do rzeczywistości

Najmłodsza Sussy kategorycznie odmówiła brania udziału w eksperymencie i na sześć tygodni wyprowadziła się do ojca, gdzie kompensowała stres związany z nowymi obyczajami wprowadzonymi przez matkę, korzystając z internetu jeszcze więcej. Wróciła po miesiącu wyczerpana i w końcu złożyła swojego laptopa w specjalnym sejfie. Przez kolejne tygodnie w każdej wolnej chwili spała, nadrabiając zaległości, ale również dlatego, że po raz pierwszy od lat, a może po raz pierwszy w życiu, skonfrontowała się z wolnym czasem i zwykłą nudą. I nie miała pomysłu, co z tym wszystkim zrobić.

Najstarsza Anni po kilku tygodniach karczemnych awantur o byle co i podłego nastroju nadmiar energii zainwestowała w gotowanie - do tego stopnia, że pod koniec eksperymentu zaczęła myśleć o napisaniu książki kucharskiej i prowadzeniu swojego autorskiego programu w TV. Bill po dwóch latach wyciągnął z pawlacza zakurzony saksofon, na którym kiedyś uczył się grać, i wrócił do muzyki. Po sześciu miesiącach ćwiczył już po cztery godziny dziennie i zaczął uczyć się gry na fortepianie.

Susan Maushart przez cały czas trwania eksperymentu prowadziła dziennik i zbierała materiały, na podstawie których napisała o nim książkę 'The Winter of Our Disconnect' (Zima, w której odłączyliśmy się od sieci). Taką intencję miała od samego początku i żeby namówić dzieci do udziału w eksperymencie, obiecała im udział w zyskach. Uważała, że to mała cena za to, iż według nich właśnie zrobiła zamach na ich życie.

Zyski i straty

Jako rodzina cała czwórka zaczęła odkrywać się na nowo. Po latach izolacji powychodzili ze swoich nor i zaczęli spędzać czas wspólnie, na jednej kanapie i przy jednym stole. Rozmawiali, grali w gry planszowe; rozmawiali, gotowali; rozmawiali, słuchali płyt. Zapraszali przyjaciół i znajomych, czytali książki (Bill, który do tej pory przeczytał tylko 'Harry'ego Pottera', zakochał się w powieściach Murakamiego, a na swoje kolejne urodziny zamiast nowej wersji Nintendo dostał 11 książek). W sobotnie poranki, zamiast włączać laptopy, wszyscy zalegali w wielkim łóżku mamy i czytali (papierowe!) gazety. W ich życiu zarysowała się wyraźna granica pomiędzy pracą a odpoczynkiem, która do tej pory nie istniała. Przy nieograniczonym dostępie do sieci wszystko było jedną wielką 'pracą domową' albo przynajmniej można było taką wersję sprzedać swojej matce. Zaczęli lepiej spać, regularnie się odżywiać, znacznie poprawiły się ich wyniki w nauce.

Jednak eksperyment miał też niespodziewane minusy. Maushart oczekiwała, że prostsze życie będzie oznaczało mniej wydatków. Pomyliła się. Abonament na internet to było nic przy rachunkach za telefon stacjonarny (Sussy w jednym miesiącu rozmawiała z przyjaciółką za 750 dol.), wydatkach na książki, czasopisma, gazety, płyty CD, goszczenie przyjaciół i eksperymenty kuchenne Anni. Jednym słowem - majątek. Okazało się też, że w pewnych dziedzinach funkcjonowanie bez internetu jest niemożliwe. Anni np. mogła zapisać się na studia tylko w trybie online.

Susan pisała swoje felietony ręcznie (po dwóch tygodniach nabawiła się kontuzji ręki), następnie szła do kafejki internetowej, przepisywała je, wysyłała e-mailem do redakcji, redakcja odsyłała jej kurierem poprawki zaznaczone na wydruku, a ona jeszcze przez telefon nanosiła na nie swoje. Cały proces był czasochłonny i irytował resztę redakcji.

Powrót do domu

I na koniec najważniejsze. Eksperyment miał miejsce w Perth, w zachodniej Australii, gdzie Maushart mieszkała przez ostatnie ćwierć wieku. Tam wyszła za mąż, tam urodziła trójkę dzieci, tam miała pracę, tam się rozwiodła. Ale przez cały ten czas tęskniła za Stanami Zjednoczonymi. Internet umożliwiał jej kontakt. Ciałem była w Perth, duchem - w Nowym Jorku. Codziennie słuchała amerykańskich stacji radiowych przez internet, czytała lokalną prasę, rozmawiała z nowojorskimi przyjaciółmi i rodziną. Eksperyment uzmysłowił jej, do czego przede wszystkim potrzebne jest jej stałe łącze. W książce napisała: 'Uzależnienie to tylko symptom. Warto dowiedzieć się, co się pod nim kryje'. Te sześć miesięcy bez sieci pozwoliło jej to wreszcie odkryć.

Źródło: Wysokie Obcasy
  • 21 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    20 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':