I znów zaczniemy rozprawiać o selekcji ludzkich zarodków, o ich mrożeniu i zabijaniu. Spytałem filozofa i bioetyka z Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Jana Hartmana, jak ocenia dotychczasowy poziom publicznej debaty na temat in vitro w naszym kraju. - Mam wrażenie, że większość Polaków w ogóle nie zrozumiała istoty problemu - odparł filozof. - Główna oś sporu dotyczy bowiem tego, czy człowiek powinien mieć śmiałość dotknięcia zarodków, posiadania nad nimi jakiejkolwiek władzy, czy nie. Ludzie zapominają o tym lub godzą się bez szemrania na to, że w naturze, a tym bardziej w przebiegu hormonalnej terapii niepłodności, większość zarodków ginie, bo ich naturalny potencjał jest taki, że nie mają szans na rozwój.

Kiedy jednak uzyskuje się je w laboratorium i potem część z nich przed implantacją ginie, wielu z nas nie może się z tym pogodzić. Nie chcemy uwierzyć, że lekarze, pomagając w rozrodzie, wyłącznie nieudolnie naśladują naturę. Dobrze byłoby, gdyby latem i jesienią ten sposób rozumowania był częściej brany pod uwagę.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej