Dyktator, demokrata

Treningi mi się śnią. Rano wszystko pamiętam i zapisuję - mówi Franciszek Smuda

Na wywiadach mu nie zależy. Dzwoniliśmy do niego dziesięć razy, żeby się umówić. - Powiedzcie, ile dostaniecie za ten materiał. Zapłacę wam więcej i wszyscy będziemy mieli spokój - mówił zniechęcony.

Wreszcie dał za wygraną. Z Franciszkiem Smudą spotkaliśmy się w jego domu w Lubomii pod Raciborzem, niedaleko czeskiej granicy.

Wapno zamiast cukru

Urodził się tam w czerwcu 1948 roku. Był najstarszy z czwórki rodzeństwa. W domu się nie przelewało. Ojciec Gerard, nieżyjący od 18 lat, pracował na kolei. Matka wychowywała dzieci. - Na wakacje nigdzie nie wyjeżdżałem. Od dwunastego roku życia przez pełne dwa miesiące pracowałem w pobliskim PGR. Zbierałem snopki, żeby kupić garnitur, buty i zeszyty - wspomina.

Rodzeństwo, twardo wychowywane przez rodziców, postawiło na naukę. Jan ukończył Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie. Dziś pracuje w Zakładzie Odmetanowania Kopalń w Wodzisławiu Śląskim. Starsza siostra Krystyna jest absolwentką Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu, uczy niemieckiego w Liceum Ekonomicznym w Wodzisławiu. Młodsza Urszula to absolwentka Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Mieszka w Niemczech.
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej