Dyktator, demokrata

Treningi mi się śnią. Rano wszystko pamiętam i zapisuję - mówi Franciszek Smuda

Na wywiadach mu nie zależy. Dzwoniliśmy do niego dziesięć razy, żeby się umówić. - Powiedzcie, ile dostaniecie za ten materiał. Zapłacę wam więcej i wszyscy będziemy mieli spokój - mówił zniechęcony.

Wreszcie dał za wygraną. Z Franciszkiem Smudą spotkaliśmy się w jego domu w Lubomii pod Raciborzem, niedaleko czeskiej granicy.

Wapno zamiast cukru

Urodził się tam w czerwcu 1948 roku. Był najstarszy z czwórki rodzeństwa. W domu się nie przelewało. Ojciec Gerard, nieżyjący od 18 lat, pracował na kolei. Matka wychowywała dzieci. - Na wakacje nigdzie nie wyjeżdżałem. Od dwunastego roku życia przez pełne dwa miesiące pracowałem w pobliskim PGR. Zbierałem snopki, żeby kupić garnitur, buty i zeszyty - wspomina.

Rodzeństwo, twardo wychowywane przez rodziców, postawiło na naukę. Jan ukończył Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie. Dziś pracuje w Zakładzie Odmetanowania Kopalń w Wodzisławiu Śląskim. Starsza siostra Krystyna jest absolwentką Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu, uczy niemieckiego w Liceum Ekonomicznym w Wodzisławiu. Młodsza Urszula to absolwentka Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Mieszka w Niemczech.

Franek postawił na sport. - Od kiedy pamiętam, zawsze bardziej interesowałem się piłką niż szkołą - przyznaje dziś Smuda.

Został uczniem Technikum Budowlanego w Raciborzu. Ulubieńcami miejscowych kibiców byli wówczas piłkarze II-ligowej Unii [w latach 1963-65 drużyna z Raciborza grała nawet w ekstraklasie - przyp. red.]. Nic dziwnego, że Franek zapisał się do klubu. Piłkarzem był przeciętnym. Jego atutami były przede wszystkim ambicja i bardzo mocny strzał z dystansu. Podczas meczu w Niedobczycach koło Wodzisławia do dziś wspominają, jak Smuda tak mocno uderzył piłkę z wolnego, że znokautowanego obrońcę karetka odwiozła do szpitala.

W 1967 roku wysoki 19-latek trafił do III-ligowej Odry Wodzisław. - W tamtych czasach tylko kopalnie reklamowały od wojska. Załatwiliśmy mu więc kopalniany etat - mówi Zygfryd Kiermaszek, długoletni działacz i trener Odry.

Koledzy z drużyny nazwali go "Szałot" (po śląsku sałata), bo pochodził z rolniczych okolic. Byli piłkarze Odry do dziś pamiętają, jak Odra grała z drużyną z Chybia, którą sponsorowała miejscowa cukrownia. W tamtych czasach cukier był bardzo poszukiwanym towarem. - Frankowi zależało na załatwieniu sobie worka cennego towaru - wspomina piłkarz Jerzy Syska. - Smuda poprosił o pomoc Tadeusza Szyję, kolegę z drużyny, który wcześniej grał w Chybiu i miał znajomości. Kiedy inni dowiedzieli się o tym, postanowili zrobić mu kawał. "Szałot" przyjechał do Chybia z własnym workiem. Kawalarze zamiast cukru wsypali mu wapno do
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej