Książki jeszcze nie ma. Nikt jej niemal nie czytał, ale polskim zwyczajem już rozgorzała dyskusja. "Złote żniwa" ukażą się dopiero w lutym w wydawnictwie Znak i będzie o niej głośno. Czy dlatego, że jest dziełem wybitnym? Nie. Czy dlatego, że zawiera nieznane fakty bądź źródła? Też nie. Będzie głośna, bo jest to książka o chłopskiej zawiści, zdradzie i delatorstwie. I o zatracie moralnej wiodącej do zbrodni.
To książka uniwersalna o marności człowieka, ale dla nas bolesna, bo bohaterem jest polski chłop, polski sołtys, polski granatowy policjant, polski szmalcownik i szantażysta, polski szabrownik i polska hiena cmentarna.
Ta książka będzie głośna, bo napisali ją Irena Grudzińska-Gross i Jan Gross, historyk, który swą książką "Sąsiedzi" o zbrodni na Żydach z Jedwabnego zepsuł nam dobre samopoczucie. My, Polacy, uważający się dotąd za ofiary wojny i hitleryzmu, nie możemy już zaprzeczyć, że niekiedy przyłączaliśmy się do krwawej roboty, a niekiedy nawet załatwialiśmy ją sami - bez Niemców i za Niemców. Taka prawda boli i zawstydza. Takiej prawdy nie chce się poznać.
I Czy po lekturze "Sąsiadów" coś może nami jeszcze bardziej wstrząsnąć?
Inspiracją "Złotych żniw" było zdjęcie z Treblinki. Znane i publikowane w "Gazecie Wyborczej" jako ilustracja reportażu "Gorączka złota w Treblince" Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego z 7 stycznia 2008 r. (reportaż przeszedł bez echa i tak by pewnie zostało, gdyby dziś nie napisali o tym Grossowie).
Zdjęcie jak ze żniw, przedstawia grupę tzw. kopaczy, mieszkańców okolic Treblinki, kobiety i mężczyzn ryjących szczątki pomordowanych w poszukiwaniu kosztowności. Pozują w asyście milicji - nad czaszkami i piszczelami zagazowanych.
Jan Gross nie ustalił okoliczności, w jakich powstało zdjęcie, nie ustalił też, kto na nim jest, nie dotarł do żyjących prawdopodobnie jeszcze świadków. Niewiele to zmienia, wobec ogromu źródeł potwierdzających proceder profanacji i plądrowania żydowskich szczątków, ale rzuca światło na warsztat historyka "zza biurka" bazującego na tym, co w archiwach wyszukali i opisali inni i o co w terenie wypytali dziennikarze.
"Złote żniwa", to rzecz o tym, co się działo na "obrzeżach" Zagłady Żydów. "Obrzeża" to określenie Grossa. Nieostre. Barbara Engelking precyzuje, że chodzi tu o czas i okoliczności, które historycy nazywają trzecią fazą Holocaustu. Pierwsza faza to zamykanie Żydów w gettach, wyniszczanie głodem i niewolniczą pracą. Faza druga to masowa eksterminacja - najczęściej w obozach zagłady. Faza trzecia, to polowanie na tych, którzy nie dali się zagnać do dzielnic zamkniętych, do wagonów, do komór gazowych, oraz tych, którzy wygrzebali się spod góry trupów, uciekli z transportu - słowem, cudem uniknęli śmierci. Polscy historycy szacują, że pod koniec 1942 roku było to 10 proc. dawnej populacji polskich Żydów - 250 tys. osób. Przeżyło 50-60 tys.
Co się stało z resztą?
O ile żydowskie życie w czasie pierwszej i drugiej fazy Holocaustu leżało tylko w rękach Niemców, to czasie w fazy trzeciej - na ogół spoczywało w polskich rękach. Pomóc mogli tylko Polacy i wydać mogli Polacy.
Niemcy bez donosu polskiego szmalcownika, sąsiada, sołtysa, bez usłużnego granatowego policjanta o niczym by nie wiedzieli. Psychologia i instynkt przeżycia podpowiadał więc ukrywającym Żydów Polakom i ukrywającym się Żydom, że najbardziej wystrzegać się trzeba polskiego delatora. Owo przerażenie, które wywołuje każdy niespodziewany dzwonek do drzwi, podejrzliwy wzrok administratorki domu czy kaszel ukrywanego dziecka znakomicie pokazał w ostatnim filmie "Joanna" Feliks Falk.
II Siłą eseju Grossów jest zwrócenie uwagi na znany, ale w powszechnej refleksji nad Holocaustem niedoceniany dotychczas motyw. Zagłada polskich Żydów dała okazję do gigantycznego transferu majątkowego i przewartościowania funkcji społecznych. W makroskali oznaczało to przejęcie przez żywioł polski pożydowskich nieruchomości, warsztatów pracy, sklepów. Tak oto za sprawą Hitlera ziścił się sen przedwojennych polskich nacjonalistów i antysemitów, którzy powtarzali, "że Hitlerowi należy się pomnik, za to, że nas od Żydów uwolnił". I ulice, i kamienice stały się "nasze". Ale choć jest to okrutne, to zrozumiałe. Handel i usługi przeszły w ręce tych, którzy przeżyli. Polaków.
Na wsi przed wojną - dziś trudno to sobie dziś wyobrazić - co trzeci mieszkaniec był analfabetą, potrzeby załatwiało się za stodołą, w chatach były gliniane klepiska, a ludzie zakładali buty dopiero na progu kościoła. Wojna tę nędzę pogłębiła. Na takiej każdy wyjęty spod prawa uciekinier był "chodzącą promocją w supermarkecie". W zamian za pomoc oddawał wszystko. Stawki szły wielokrotnie w górę. To w czasach odczłowieczenia Żyda, wojennego zdziczenia i wobec milczenia Kościoła - stwarzało potężną pokusę. Rosła chciwość i strach - bo na drugiej szali było ryzyko. Że sąsiad pozazdrości "dodatkowego źrodła utrzymania" i doniesie. Amoralna logika podpowiadała, że lepiej problemu się pozbyć. Bywało, że dla tzw. żydowskiego łacha - pary butów, płaszcza, litra wódki, wyrwanego trupowi złotego zęba - "trzeba było Żyda zmarnić", jak mawiano na kieleckiej wsi.
Nie zapominajmy - i Grossowie o tym nie zapominają: Głównym beneficjantem zbrodni byli zbrodniarze hitlerowscy. Dziewięćdziesiąt procent kosztowności, ubrania, bielizna, buty, futra, biżuteria, złoto, działa sztuki, porcelana i meble - specjalnymi pociągami jechało do Reichu. Ukraińskiemu komando z Treblinki, a za ich pośrednictwem polskiej okolicznej ludności, przypadał ledwie ułamek. A i tak zegarkami handlowało się na wsiach z koszyka, a diamentami na sztuki, nie na karaty. I - jak podpowiadają Grossowie - pewnie z transportu do Treblinki trafił na polską wieś aparat fotograficzny, którym sfotografowali się "kopacze"...
Ludność handlowała też z samymi Żydami wiezionymi na śmierć. Gdy transport czekał na treblińskiej bocznicy, konającym z pragnienia miejscowi oferowali wodę - za pieniądze. Strażnikom za przymknięcie oka płacono bimbrem i usługami seksualnymi córek i żon przedsiębiorczych chłopów. Niebawem dachy okolicznych domów pokryły się blachą.
III Zastanawiające, że Grossowie właśnie z owego zdjęcia "kopaczy" zrobili motyw przewodni swego wywodu. Profanacja popiołów to proceder obrzydliwy, ale na skali grozy czasów trzeciej fazy Holocaustu to czyn najmniej bulwersujący. Nie trzeba zezwierzęcenia czasu wojny, żeby tego doświadczyć. W 1998 r. uczestniczyłem w ekshumacji mojego dziadka na Podolu. Na cmentarzu czekało już pół wsi: "Bo ludzie mówią, że pana pochowano z szablą, złotym sygnetem i zegarkiem"... Gdy wreszcie wyjęto metalową trumnę, okazało się, że jej wieko już wiele lat wcześniej zostało rozprute niczym otwieraczem do konserw. Mimo to zbity wokół tłum domagał się otwarcia trumny. Otworzyłem. I tego było mało. Pozwoliłem więc najbardziej wyrywnemu kołchoźnikowi obszukać zmumifikowane szczątki dziadka. Wolałem, by zrobił to przy mnie, niżby plądrował grobowiec po naszym wyjeździe. Bezwstydnie odchylał poły marynarki. Dopiero po tej operacji ludzie odeszli.
Ich ojcowie i matki jesienią 1939 r. serdecznie żegnali moją babcię i jej córki uciekające do Lwowa, bo stosunki dworu ze wsią były jak najlepsze. Nie zmienia to faktu, że gdy tylko wozy znikły za zakrętem, dom został doszczętnie splądrowany.
Wspominam o tym, by uzmysłowić, że chciwość nie jest naznaczona etnicznie, jest instynktem wszystkich moralnych nędzarzy.