"Prokuratura nie powinna oceniać, czy ktoś działa, czy też nie na szkodę spółki" - przeczytaj wywiad z profesorem Stanisławem Sołtysińskim, współtwórcą kodeksu spółek prawa handlowego.
Zarzut dotyczy trzymilionowej pożyczki, jakiej we wrześniu 2006 r. Prokom Investments udzielił stojącej na skraju bankructwa warszawskiej spółce King & King. Według katowickich śledczych pożyczki udzielono, choć K&K nie spłaciła wcześniejszych wielomilionowych zobowiązań wobec innych firm Ryszarda Krauze. Zdaniem prokuratury naruszało to interes akcjonariuszy i zasadę rzetelnego obrotu gospodarczego. To przestępstwo ścigane z urzędu, Ryszardowi Krauze. grozi do 5 lat więzienia. Podejrzany zgodził się na ujawnienie danych osobowych i wizerunku.
K&K to niewielka spółka, która w latach 90. importowała keczup, a potem na zlecenie KGHM i Petrobalticu załatwiała koncesje na wydobycie rud miedzi oraz ropy w Kongu. Z interesów nic jednak nie wyszło. Według prokuratury K&K w latach 1999-2006 nie prowadziła ksiąg rachunkowych, przez pięć lat nie składała też sprawozdań finansowych. Powołani przez śledczych biegli wyliczyli, że w 2001 r. wysokość jej zobowiązań 368 razy przekraczała wartość aktywów. Zgodnie z kodeksem spółek handlowych szefowie K&K powinni zgłosić upadłość firmy.
Śledztwo wszczęto w 2005 r. z zawiadomienia Tomasza Sakiewicza, redaktora naczelnego "Gazety Polskiej". Spółka K&K przez jakiś czas była udziałowcem Niezależnego Wydawnictwa Prasowego, wydawcy "GP", ale nie zapłaciła całości za udziały. Skłócony z szefami K&K Sakiewicz zawiadomił prokuraturę, że zajmują się oni praniem brudnych pieniędzy i handlem bronią. Ten wątek sie nie potwierdził. Jednak ABW ustaliło, że kontrolowane przez Ryszarda Krauze spółki Ulrich SA, Petrolinvest oraz Prokom w latach 1999--2006 przekazały K&K prawie 50 mln zł. K&K zwróciła zaledwie 15 mln zł. Zdaniem prokuratury reszta trafiła na konta w USA i w Kongu, nie wiadomo, co się z tymi pieniędzmi stało.
K&K pierwszą umowę pożyczki z Ulrich SA zawarła w listopadzie 1999 r. Umowa opiewała na 3,5 mln dol. (16 mln zł po ówczesnym kursie), a termin spłaty wyznaczono za sześć miesięcy. Zabezpieczeniem miały być wek-sle wystawione przez Pawła S. i Ryszarda Ż., szefów K&K. Ale z rozliczeń podatkowych, jakie składali w tym czasie, wynika, że rocznie z żonami zarabiali po... 10 tys. zł. Oryginał tej umowy oraz weksle jednak zaginęły, a Ulrich SA napisał do ABW, że nie ma ich w archiwum.
Odnalazł się za to aneks do tej umowy (bez daty), który mówi, że w przypadku otrzymania przez K&K koncesji na wydobycie ropy w Kongu Ulrich SA będzie dostawać 15 proc. zysków z tej inwestycji. Według prokuratury K&K nie dostała koncesji, a jej szefowie pokazywali wyłącznie niepodpisane lub skopiowane porozumienie zawarte z rządem Konga na eksploatację złóż ropy. Do wydobycia nigdy nie doszło.
Choć K&K nie zwróciła zaciągniętej w 1999 r. dolarowej pożyczki, Ulrich pożyczył spółce kolejne 7 mln zł. W 2002 r. biegły rewident badający sprawozdanie Ulricha SA napisał w raporcie, że jest zaniepokojony umowami z K&K i ich zabezpieczenie uważa za niewystarczające.
W 2005 r. interesy z K&K zaczął robić Petrolinvest, który także liczył na wydobycie kongijskiej ropy. We wrześniu 2005 r. podpisał z K&K umowę o przejęciu 35 proc. jej udziałów. Petrolinvest zapłacił za nie 23 mln zł, ale nigdy nie został udziałowcem K&K. Szefowie spółki nie złożyli w sądzie rejestrowym wniosku o wpis firmy Ryszarda Krauze jako współwłaściciela . W takiej sytuacji - zgodnie z kodeksem handlowym - umowa wygasa po sześciu miesiącach, a K&K powinna zwrócić pieniądze. Ale tego nie zrobiła, a Petrolinvest nie domagał się zwrotu.
Według prokuratury K&K 15 z 23 mln zł otrzymanych od Petrolinvestu przelała na konto Ulrich SA jako spłatę pożyczki z 1999 r., a resztę wytransferowała za granicę. Dodatkowo w czerwcu 2006 r. K&K pożyczyła od Petrolinvestu 6 mln zł i ich nie zwróciła. Petrolinvest zadebiutował na giełdzie w 2007 r. We wszystkich sprawozdaniach rzetelnie opisywał współpracę ze wszystkimi kontrahentami. Oprócz interesów z K&K.
Zdaniem katowickiej prokuratury Ryszard Krauze, podpisując we wrześniu 2006 r. jako szef Prokomu umowę o pożyczce dla K&K kolejnych 3 mln zł, działał na szkodę firmy, bo wiedział, że nie spłaca ona zobowiązań.
Prokom zapewnia, że wierzytelność wobec K&K została sprzedana i spółka zarobiła na niej milion zł. Prawnicy Prokomu złożyli wniosek o umorzenie postępowania. Wiesław Walendziak, wiceprezes Prokom Investments, uważa prokuratorskie zarzuty za zbyt swobodną interpretację przepisów o działaniu na szkodę firmy. - Według niej Ryszard Krazue jest krzywdzącym i pokrzywdzonym jednocześnie. A to jakiś absurd - uważa Walendziak. I przypomina, że przepisy o działaniu na szkodę firmy stworzono po to, by to akcjonariusze mogli skarżyć prezesów zarządzających spółkami.
Business Centre Club wydał oświadczenie, w który poprosił prokuratora generalnego o objęcie śledztwa nadzorem. Według ekspertów BCC jest ono pozbawione merytorycznych podstaw i należy je traktować jako dalszy ciąg nieuzasadnionej kampanii oskarżycielskiej rozpoczętej przez rząd PiS. "Przedmiotem postępowania jest poziom ryzyka, jakie ponosi prywatny inwestor w prywatnym funduszu. Arbitralne decydowanie przez prokuraturę o wysokości i zasadności ryzyka inwestycyjnego jest ewidentnym naruszeniem logiki działania biznesowego i zasad swobody gospodarczej" - twierdzi BCC.