Był luty 2006 r. Zrobiłem na pamiątkę kilka autoportretów na tle oszronionych drzew, potem dałem sobie wyciąć prostatę, naświetliłem się i uwierzyłem, że będzie dobrze. Dziś wiem, że to była ucieczka w krainę baśni o cudownym uzdrowieniu.
Prostatę obchodziłem dookoła, nie zajrzałem nawet do internetu. Bardziej niż raka bałem się na wakacjach rekina. Lekarze też nie zawracali sobie mną głowy. Nikt nie wziął za moje leczenie najmniejszej odpowiedzialności. Nie wyłączając mnie samego.
Szczęśliwa gwiazda świeciła mi aż do ubiegłego roku. W październiku okazało się, że mam przerzuty w kościach. W kręgach, żebrach, stawach biodrowych. I jeśli natychmiast nie zacznę się leczyć, jeśli nie zmienię stosunku do swojej choroby, każdy następny rok będzie cudem darowany. Teraz już nie chodziło o komfort życia, gra toczyła się o samo życie. Czym grozi przerzut do kręgosłupa? Kompresją kręgów, przerwaniem rdzenia... Barwnym, za to krótkim życiem na morfinie.
Dziś pracuję i leczę się. Rozpocząłem kolejny cykl chemii. Codziennie maszeruję siedem kilometrów z kijami do nordic walking. Ćwiczę na siłowni, pływam. Blokada testosteronu, którą przechodzę, niszczy mięśnie. Muszę je odbudować - one trzymają kręgosłup osłabiony przerzutami. Naszkicowałem kilka scenariuszy filmowych, przeczytałem górę książek. Wiele moich wyobrażeń o raku się nie sprawdziło. Sporo jednak się nauczyłem - o chorobie i o sobie samym. Chcę się z wami tą wiedzą podzielić.
**
10 przykazaniami Krzysztofa Krauzego dla zdrowych i chorych, popartych jego własnym doświadczeniem z walki z rakiem, rozpoczynamy nową odsłonę akcji społecznej "Leczyć po ludzku". Czytaj od poniedziałku w "Gazecie" i na Wyborcza.pl/leczyc.
** Prosimy o listy. Spróbujmy wspólnie ułożyć antyrakowy poradnik dla zdrowych i chorych - najprawdziwszy, bo osobisty: leczyc@wyborcza.pl