Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Wojciech Staszewski: Kiedy pierwszy raz poczułeś się mężczyzną? Jacek Graniecki (Tede): Życiową męskość poczułem, jak się wyprowadziłem od rodziców. Wynajmujesz mieszkanie, sam się utrzymujesz, mieszkasz z dziewczyną. To było już po pierwszej solowej płycie "S.P.O.R.T.", miałem 26 lat, rzuciłem studia i uznałem, że będę zawodowo raperem.
Wielu zostaje rzuconych na głęboką wodę i wtedy staje się mężczyznami. Ja tak nie miałem. Jestem jedynakiem, moi rodzice wciąż martwią się o mnie jak o synka.
Nie buntowałeś się? - Byłem zbuntowany do momentu, kiedy się wyprowadziłem. Zacząłem z nimi mieć kontakt dopiero wtedy, jak się wyprowadziłem. Zresztą też dzięki tobie
Dzięki mnie? - Napisałeś o mnie tekst w "Dużym Formacie". Kiedy to wyszło, o dziewiątej rano dzwonek do drzwi - ładuje się matka z gazetą. Akurat kumpel spał u mnie po imprezie, więc zamyka się ze mną w pokoju i pyta: "Co to jest? Co ty zrobiłeś ojcu? Ojciec się dowie, że palisz jointy! Co za afera!".
Z ojcem widziałem się wieczorem, ale to było po kilku telefonach od znajomych, którzy przeczytali gazetę. I wcale nie dzwonili z oburzeniem, tylko gratulowali, że syn, raper, prawda, tego. Poziom tolerancji zaczął rosnąć, bo rodzice zdali sobie sprawę, że to, co ja robię, to nie jest jakieś pierdololo. Zaczęli dostrzegać, że to nie dzieje się w obrębie podwórka, tylko 40-milionowego państwa.
Odczułem nawet, że są ze mnie dumni. Że zrobiłem coś sam, bez ich pomocy, a nawet wbrew nim - bo oni chcieli, żebym ja kontynuował studia, a ja je rzuciłem, żeby robić muzykę. Osiągnąłem coś, robiąc rzeczy, w których oni nie mogli mi pomóc. Na przekór.
Wtedy zacząłem z rodzicami rozmawiać.
Niedługo potem oni jechali na Majorkę ze znajomymi, takimi "jem bułkę przez bibułkę", i zaproponowali, żebym z nimi pojechał. Rozstałem się wtedy z dziewczyną, z którą byłem wiele lat, więc OK.
Stoimy na Okęciu: rodzice, tamci państwo z dwójką dzieci, wielka kolejka do odprawy. Pani mecenas wachluje się z gorąca i mówi: "To oburzające, taka kolejka, powinno być dla nas jakieś wejście dla VIP-ów". I w tym momencie podchodzi gościu: "Pan Jacek Graniecki? Proszę do wejścia VIP".
Spojrzenie tej kobiety - bezcenne. Zapytał jeszcze: "Państwo są z panem? Państwa też zapraszam".
Stary, baba, która kupuje sobie perski dywan za pięć tysięcy dolarów, żeby wszyscy widzieli, marzy o wejściu dla VIP-ów. A tu gość podchodzi do łysawego pachołka - bo ona tak o mnie myślała - i go zaprasza. Wtedy też się czułem mężczyzną i to z takiej fajnej kategorii: "Take care about your parents".
Woda sodowa ci uderzyła? - Uderzyła, ale lekko. Ja mam duże poczucie wstydu i zażenowania, nie lubię tych przywilejów, jak wpuszczanie bez kolejki, załatwianie czegoś na japę. Jak ktoś mnie zaprosi bokiem, to skorzystam, ale nie miałem czegoś takiego, co widzę teraz u wschodzących gwiazdek: gościu myśli, że jak raz był w telewizji, to wszystko w knajpie dostanie za darmo i jeszcze będą sobie robić z nim zdjęcia.
Może kasa. Jeden weekend to była pensja starego, który jest urzędnikiem państwowym wysokiej rangi. Albo czesne na pół roku w szkole. To robi wrażenie.
I może te dupy na początku.