http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Oddział kardiochirurgii na minusie, bo ratuje dzieci

Adam Czerwiński
2010-07-11, ostatnia aktualizacja 2010-07-11 17:12

Absurd NFZ-etu: Szpitalowi nie opłaca się ratować ciężko chorych dzieci. Im więcej kardiochirurdzy ich zoperują, tym bardziej zadłużą swój oddział

Wielu dzieciom udało się ocalić życie dzięki inkubatorom i innym urządzeniom podarowanym szpitalom przez m.in. WOŚP i inne fundacje
Fot. Radosław Jóźwiak / Agencja Gazeta
Wielu dzieciom udało się ocalić życie dzięki inkubatorom i innym urządzeniom...
Kardiochirurgia dziecięca to wizytówka łódzkiego Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki. Choć oddział jest malutki - ma tylko 15 miejsc, a na operację często trzeba czekać miesiącami - pacjenci ściągają tu z całej Polski. W klinice leżą dzieci z: Wrocławia, Kutna, Wałcza, Tychów, Piły. Rodzice wybierają łódzkich lekarzy, bo na internetowych forach zbierają oni od pacjentów same pochwały.

Ostatnio coraz więcej dzieci trafia na oddział z porodówki w szpitalu. Są na nią kierowane z najdalszych zakątków kraju, bo wykryto u nich wadę serca, którą najlepiej korygować w pierwszych dniach życia.

Prof. Jacek Moll, szef kardiochirurgii dziecięcej: - A my, zamiast się cieszyć z uznania, coraz bardziej martwimy się naszą popularnością. Bo im więcej zoperujemy tzw. trudnych przypadków, tym gorzej dla nas. Za co trzeciego pacjenta leżącego na naszym oddziale nie dostajemy pieniędzy.

Wszystko przez skomplikowany system rozliczeń za operacje kardiochirurgiczne. Za same zabiegi płaci Ministerstwo Zdrowia. Resort finansuje jeszcze pobyt dziecka na oddziale pooperacyjnym, czyli na OIOM-ie. Ale tu opłata przysługuje maksymalnie za 65 godzin intensywnej terapii dziecka. Dalej leczenie finansuje NFZ. Ale on płaci tylko za leczenie na jednym oddziale szpitala. To znaczy, że jeśli po operacji dziecko zostanie dłużej na OIOM-ie, a z niego zostanie przeniesione na kardiochirurgię, pieniądze dostanie tylko OIOM.

Prof. Moll: - Jeśli dziecko po 65 godzinach leczenia na OIOM-ie można by przenieść na mój oddział, nie byłoby problemu. Dostalibyśmy pieniądze. Ale większość naszych pacjentów to dzieci w bardzo ciężkim stanie. Na intensywnej terapii leżą tygodniami. Później trafiają do mojego oddziału, gdzie trzeba je jeszcze długo leczyć. Za darmo, bo skoro OIOM wystawia rachunek, ja już nie mogę tego zrobić.

Jeden z pacjentów, który obciąży konto łódzkiego szpitala, to Bartek. Powinien urodzić się w Tychach, ale w ciążowym usg. wykryto u niego poważną wadę serca - jego aorta zamiast z lewej komory serca wychodziła z prawej komory, a tętnica płucna z lewej, choć powinna z prawej. Nienatleniona krew z prawej komory trafiała do układu krążenia, a tętnica płucna przenosiła krew natlenioną z powrotem do płuc. Dziecko z taką wadą nie przeżyje dłużej niż kilka miesięcy, większość umrze po kilku dniach. Jedyne skuteczne leczenie to operacja kardiochirurgiczna przeprowadzona jak najszybciej po porodzie. Dlatego mamę Bartka jeszcze w ciąży skierowano do "Matki Polki".

Chłopczyk urodził się pod koniec maja. Ważył niewiele ponad dwa kilo. Po dwóch tygodniach wylądował na stole operacyjnym. Prof. Moll poprzekładał jego naczynia tak, że krew krąży prawidłowo. Po operacji maluszek przez 10 dni musiał leżeć na OIOM-ie. Później przez kolejne 10 dni dochodził do siebie na kardiochirurgii.

Prof. Moll: - Choć same leki dla Bartka kosztowały 500 zł dziennie, nie dostaniemy za nie pieniędzy.

- Szpital musi zdecydować, za jakie świadczenie mamy zapłacić [za intensywną terapię czy za leczenie na oddziale kardiochirurgicznym - przyp. red.] - przyznaje Beata Aszkielaniec, rzeczniczka łódzkiego oddziału NFZ-etu. - Takie są zasady, które obowiązują od dawna. Jeżeli szpitale będą miały podobne zastrzeżenia, przekażemy je do centrali.

- Przecież już pisałem do NFZ-etu. Dostałem odpowiedź, ale nic z niej nie wynika. Czy w takim razie ja mam zmienić swoje zasady? - pyta prof. Moll. - Teoretycznie to możliwe. Mógłbym wybierać do operacji takich pacjentów, którzy na OIOM-ie będą dobę i później wylądują w mojej klinice. To by znaczyło, że noworodki z najcięższymi wadami musiałbym odsyłać z kwitkiem. Ja na taki układ nie pójdę.

Na samym leczeniu tzw. trudnych przypadków klinika prof. Molla miesiąc w miesiąc wypracowuje kilkadziesiąt tysięcy strat. Do końca roku uzbiera się pokaźna kwota, bo w kolejce do oddziału są same ciężko chore dzieci. Na przykład Matylda z Wielkopolski. Dziewczynka urodziła się w ubiegłym tygodniu z identyczną wadą jak Bartek.

adam.czerwinski@lodz.agora.pl

Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź
  • 61 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':