Doktor Stanisław P. chyba niebezpodstawnie przechwalał się gronem znajomych związanych z prawem, skoro w 2004 roku pracował w "policyjnym" szpitalu przy ul Kopernika - mimo wyroku za poświadczenie nieprawdy przy wystawieniu świadectwa badań okresowych. I pewnie na trop jego kontaktów z gangsterami funkcjonariusze CBŚ nigdy by nie wpadli, gdyby sami gangsterzy nie zaczęli sypać. Sprawa ma bowiem związek z rozbitym w 2007 roku gangiem Krzysztofa K. (proces toczy się przed częstochowskim sądem okręgowym). Ta grupa przestępcza ma na swym koncie zabójstwo na zlecenie, przyjmowanie zleceń innych zabójstw, wymuszenia haraczy, handel narkotykami i bronią. Do tego przedsiębiorcom będącym w tarapatach finansowych pożyczała pieniądze na lichwiarski procent; gwarancjami spłaty były m.in. polisy na życie cedowanie na krewnych gangsterów. Doktor Stanisław P. był właśnie takim klientem.
W 2004 roku Krzysztof K. i jego prawa ręka - Adam W., ps. Gustlik - trafili na ławę oskarżonych. Prokuratura zarzuciła im wymuszanie haraczu od Jacka Sz., ps. Magilla. Do oskarżonych pomocną dłoń wyciągnął wówczas doktor Stanisław P. Powołując się na znajomości w policji, prokuraturze i sądzie obiecał, że załatwi im wyroki nie wyższe niż dwu-, trzyletnie (groziło im do dziesięciu lat więzienia). Nie za darmo oczywiście - za 75 tys. zł. Gangsterzy rozpoczęli negocjacje, spotykając się w jednej z knajpek przy ul. Dekabrystów. Doktorowi P. pomagał w rozmowach częstochowski przedsiębiorca Leszek K. (też zasiądzie na ławie oskarżonych), przekonując gangsterów - jak obecnie twierdzi, wyłącznie na prośbę Stanisława P. - że taki wyrok kosztuje 30-40 tys. zł. Ostatecznie do zakończenia pertraktacji i przekazania pieniędzy nie doszło, ale Krzysztof K. i Adam W. dostali po ... 2,5 roku więzienia. Nie odwołali się, wierzyli w znajomości lekarza. Tym bardziej, że Stanisław P. chciał od nich 10 tys. zł "za poniesione koszty". Gdy dostał pieniądze, obiecał skazanym, że załatwi im odroczenie wykonania kary co najmniej na rok, a gdyby już musieli iść za kraty, to w komfortowych warunkach - ośrodku szkolenia kadr więziennictwa w Wąsoszu-Kulach, zwanym przez skazańców sanatorium. Wszystko to miało kosztować 4 tys. zł; Krzysztof K. i Adam W. zrzucili się po połowie. Kolejne 2 tys. zł Stanisław P. - ginekolog położnik i androlog - zainkasował od "Gustlika" za spreparowanie dokumentacji medycznej tak, by wynikało z niej, że żona skazanego jest w ciąży zagrożonej poronieniem i wymaga mężowskiej opieki (Anna W., nieświadoma niczego, chodziła wówczas do pracy). Fikcyjną dokumentację medyczną lekarz założył także żonie Krzysztofa K., która nawet nie była w ciąży.
Wszystko wyszło na jaw w 2009 roku, gdy skruszony Adam W. poszedł na współpracę ze śledczymi. Stanisław P. został zatrzymany w maju i trafił do aresztu. Dwa miesiące później prokurator zamienił mu areszt na poręcznie majątkowe. Miały na to wpływ listy słane do prokuratury przez ciężarne pacjentki doktora P. Kobiety chwaliły lekarza za fachowość, dobroć i domagały się jego opieki do czasu rozwiązania. Stanisław P. przyznał się w śledztwie do większości zarzutów. Grozi mu do ośmiu lat więzienia. Akt oskarżenia w tej sprawie trafił właśnie do sądu.
Źródło: Gazeta Wyborcza Częstochowa