http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Być kobietą w Polsce

MAGDALENA ŚRODA
2010-04-22, ostatnia aktualizacja 2010-04-22 18:17

Debata na temat podwyższenia wieku emerytalnego kobiet trwa.
Debata na temat podwyższenia wieku emerytalnego kobiet trwa.

Jedna z umęczonych domowymi pracami czytelniczek napisała w liście do "Wysokich Obcasów": "Mąż mówi, że jako matka mam specjalne hormony po to, żeby móc nie spać, prowadzić dom i zajmować się dzieckiem bez zmęczenia" Inny pomysł niż mąż czytelniczki miał ponad dwa tysiące lat temu Arystoteles. Twierdził, że wspólnota podzielona jest - w naturalny sposób - na sferę prywatną (gospodarstwo domowe) i publiczną (społeczno-polityczną).

ZOBACZ TAKŻE
Zdolność do uprawiania polityki była cechą nobilitującą i kulturotwórczą - i zarezerwowaną dla mężczyzn. Ciało kobiety z powodu zbyt niskiej temperatury nie wytwarzało szlachetnego nasienia, jedynie krew - i to kiepskiej jakości, z przetworzonych "pozostałości pokarmowych". Organizm kobiety - twierdził Arystoteles - może być jedynie inkubatorem dla nowego życia, a nie jego inicjatorem. Życie przekazywane jest przez mężczyznę, który nie dość że jest szczęśliwym posiadaczem fallusa, to jeszcze ma jądra; kobieta ma zaś wyłącznie macicę, która - kiedy nie żywi płodu - wędruje po organizmie, powodując histerię i inne nieszczęścia.

Tradycja Arystotelesowska pod różnymi postaciami przetrwała do dziś, o czym świadczyć może wiele religijnych publikacji na temat seksualności i ogólnie - rodziny. Na przykład w książce P.M. Quaya SJ "Chrześcijańskie znaczenie ludzkiej seksualności" (Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1996) znajdziemy interesujący opis powiązań między położeniem narządów seksualnych a cechami psychicznymi. Zewnętrznie położone narządy mężczyzny - według autora - tłumaczą jego "zewnętrzny stosunek do rodziny" oraz dominację intelektu. Wewnętrznie położone narządy kobiety, a właściwie pustka, która się z nimi wiąże, symbolizują potrzebę bezpieczeństwa, a więc konieczność posiadania opiekuna (męża), z drugiej strony - posiadania dziecka, które tę pustkę wypełni i uczyni życie kobiety sensownym.

Inny autor (J. Guitton, "Kobieta, rodzina, miłość", PAX Warszawa 1988) utrzymuje, że kobieta - w przeciwieństwie do racjonalnego mężczyzny - "rozumuje sercem", "dowody jej zupełnie nie interesują" i że - w związku z tym - "trudno jest udowodnić kobiecie, że się myli". W mądrościach Guittona wyraźnie widać dziedzictwo Arystotelesa, który wykazywał, że mężczyzna - produkując nasienie - łysieje, co jest dowodem jego rozumności; kobieta zaś - nie produkując nasienia - nie łysieje, co dowodzi, że nie jest rozumna.

Moja mama nic nie robi

Kobieta i mężczyzna są co prawda równi - mówi się dziś często - ale mają inne "powołania". Budowa narządów rozrodczych powiązana jest bowiem nie tylko z cechami psychicznymi, ale i powinnościami moralnymi, hierarchią wartości, trybem życia, codziennymi czynnościami. I tak, z powodu posiadania macicy i piersi, kobieta jest powołana nie tylko do macierzyństwa, ale również do posłuszeństwa oraz wykonywania czynności, które "z natury rzeczy" nie pasują do narządów i powołania mężczyzny.

Mężczyzna "z natury rzeczy" powołany jest do czynności wyższych, które mają charakter publiczny, związane są z prestiżem, wynagrodzeniem, cieszą się sławą etc. Nawet kiedy mężczyzna zabija, o ile czyni to w imię obrony tej struktury społecznej, której jest centrum, to ma to wysoką wartość moralną - w przeciwieństwie do macierzyństwa, które ma jedynie wartość symboliczną. Mimo bowiem wielu deklaracji lepiej się żyje "patriotom" i tym, którzy zajmują się krzewieniem "patriotyzmu" w naszej kulturze, niż wielodzietnym matkom. Te nie posiadają ani sławy należnej patriotom, ani apanaży czy honorariów branych przez wojujących zwolenników tradycyjnego modelu rodziny.

Arystotelesowski podział na sferę prywatną i publiczną nie tylko wykluczał kobietę z udziału w kulturze, ale i rzucał odium na czynności przez nią wykonywane. Stosunek do kobiet, a zwłaszcza pracy domowej, pozostaje nadal w cieniu przemian społecznych i politycznych; nie dotyczą ich takie wartości, jak prestiż, zasługa, sprawiedliwość. Praca domowa tkwi w mrocznej sferze prywatności. Można powiedzieć, że nie jest pracą w sensie społecznym, nie przynosi wymiernych korzyści, nie daje wynagrodzenia, nie ma wartości egzystencjalnej, religijnej czy metafizycznej, jaką niemal zawsze ma praca wykonywana w sferze publicznej (choćby najbardziej bezużyteczna). Czynności wykonywane w domu to "babska krzątanina".

Nasza czytelniczka - "niepracująca", bo wychowująca dzieci - napisała o swoim synu, który na pytanie nauczycielki "Co robią wasze mamy?" odpowiedział, że jego mama "nic nie robi, ale często jest zmęczona".

Domowy mikrokosmos

Tymczasem krzątająca się kobieta pełni kilkadziesiąt zawodów i ról społecznych naraz: jest kucharzem, księgową, higienistką, sekretarką, negocjatorem, nauczycielem, szwaczką, praczką, krawcową, tragarzem, dietetykiem, kierowcą, zaopatrzeniowcem, salową, pielęgniarką, dekoratorem wnętrz, sprzątaczką, wychowawcą, kelnerką, konserwatorem, żywieniowcem, doradcą, terapeutą, ogrodnikiem, a bywa, że i prostytutką. Według Beaty Mikuty, która obroniła doktorat o pracy domowej kobiet, przeciętna Polka poświęca na to około siedmiu godzin dziennie (w zależności od typu gospodarstwa, liczby domowników, miejsca zamieszkania, poziomu dochodów etc.).

Na realizację funkcji żywieniowej (posiłki, zmywanie naczyń, przetwarzanie żywności, zakupy) kobiety poświęcają około czterech godzin. Na funkcję porządkową - około godziny dziennie. Funkcja odzieżowa (pranie, prasowanie, reperacja odzieży) - również około godziny. Na czynności związane z funkcją opiekuńczo-wychowawczą - nieco poniżej godziny (więcej w gospodarstwie wielopokoleniowym i wielodzietnym). W wyliczeniach tych jest jeszcze czas ukryty, np. w czasie poświęconym opiece nad dziećmi kobiety przygotowują posiłki, prasują etc.

To wszystko nie jest wynagradzane. I właściwie nie jest traktowane jako praca; funkcje te wykonują kobiety "niepracujące". To "powołanie", "konieczność", "coś zgodnego z naturą".

Lepiej! Czyściej! Tkliwiej!

Według modelu "domowej kobiecości" kobieta powinna nie tylko kompetentnie prowadzić dom. Powinna także znać się na zdrowiu i higienie, umieć pielęgnować dzieci, wychowywać je i pomagać im w nauce. Powinna mieć wiedzę dietetyczną, techniczną i gastronomiczną; ważna jest też umiejętność wytwarzania określonego klimatu, przygotowania przyjęć, urządzania ogrodu etc.

Aby nabyć wszystkie te umiejętności, kobieta wykorzystuje swój "wolny czas". Ogląda wtedy telewizję (ok. półtorej godziny dziennie), w której nie da się uniknąć nachalnych reklam "wiodących proszków do prania" i magicznych kostek bulionowych. "Domowa kobieta" chętnie czyta tzw. pisma kobiece (25 min dziennie). Najczęściej zachęcają ją do wzrostu konsumpcji, w tym związanej z troską o własne ciało. "Kobieta domowa" nie powinna zapominać, że istotą jej związku z mężczyzną jest nie tylko bycie pomocną, ale i bycie atrakcyjną. Powinna być więc atrakcyjnym konsumentem dla producentów i atrakcyjnym obiektem seksualnym dla męża.

"Zrób sobie peeling twarzy!", "Zadbaj o stopy i ręce!", "Depiluj nogi i pachy!", "Zafunduj sobie zabieg regeneracyjny!", "Dbaj o ręce i paznokcie!", "Poświęć jeden dzień wyłącznie dla siebie!", "Ciesz się życiem!", "Dawaj sobie nagrody!", "Odpoczywaj", "Najlepszym lekarstwem na twoje bolączki jest sen" - to dopełnienie rad dotyczących życia kulinarnego, sfery domowych usług, porad medycznych i urlopowych.

Trudno wykonać te wszystkie zalecenia. Dom jest bowiem dla większości kobiet - zwłaszcza tych, które pozostają w nim z powołania - nie tylko miejscem wiecznej krzątaniny, ale często też (kulinarnych, czystościowych, krawieckich) aspiracji perfekcjonistycznych: "Więcej!", "Lepiej!", "Piękniej!", "Czyściej!", "Tkliwiej!"...

Syndrom pustki

Społeczna pogarda dla pracy domowej związana jest nie tylko z jej "nieproduktywnością" (nie daje zysku), ale również z jej powtarzalnością. W sferze publicznej, gdzie - statystycznie - rządzi mężczyzna, rzeczywistość zmienia się jak w kalejdoskopie. Daje się tam wyraz jakimś wartościom, tworzy wartości nowe, podejmuje decyzje, wytwarza zysk.

Nie wiem, czy któraś z osób publicznych tak gorąco zachwalających tradycyjną rolę "domowej kobiety" zechciałaby zamienić się z nią na miejsce (wątpliwość tę wyrażam szczególnie pod kierunkiem nieposiadającej rodziny, niezależnej egzystencjalnie, aktywnej zawodowo, znaczącej politycznie posłanki Ewy Tomaszewskiej, która domaga się "odblokowania rynków pracy przez kobiety", zgodnie ze starym hasłem "pisarze do piór". "Kobiety, idźcie do domów!" - a my już wam tę nową Polskę wywalczymy i wymodlimy...).

Źródło: Wysokie Obcasy
  • 54 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    41 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':