http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Leśne dzieci

Maciej Stasiński
2010-03-31, ostatnia aktualizacja 2010-03-25 17:43

To zdjęcie kolumbijska policja znalazła 
przy ciele zabitego w walce członka terrorystycznej armii partyzanckiej FARC, 
w której szeregach walczy obecnie kilkanaście tysięcy dzieci
To zdjęcie kolumbijska policja znalazła przy ciele zabitego w walce członka terrorystycznej armii partyzanckiej FARC, w której szeregach walczy obecnie kilkanaście tysięcy dzieci
Fot. Reuters/Forum

Terrorystyczna armia partyzancka FARC zawsze zabierała dzieci. Ponieważ przegrywa wojnę, bierze ich coraz więcej i coraz młodsze

Ci, którym uda się uciec, trafiają do tajnych ośrodków rehabilitacji społecznej, gdzie podczas pięciomiesięcznego programu próbuje się ich przywrócić do normalnego życia
Fot. Reuters/Forum
Ci, którym uda się uciec, trafiają do tajnych ośrodków rehabilitacji...
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
'Zaczęli mnie nachodzić, jak skończyłam 10 lat. Urodziłam się tu, w La Macarena, mieszkałam z mamą i rodzeństwem, chodziłam do szkoły. Partyzanci zaczęli mnie namawiać, żebym poszła z nimi, że tam będę miała, co zechcę. Przychodzili do wioski w niedziele i za każdym razem mnie namawiali, że z nimi lepiej, niż tutaj pracować. Mama miała sklepik, strasznie to przeżywała, mówiła mi, żebym nie szła. Ale ja sama nie wiedziałam, co lepsze.

Jak skończyłam 12 lat, wrócili po mnie. Mamy nie było, bo gdzieś pojechała, to poszłam z nimi. Najgorsze było załatwianie się, bo po trzech tygodniach chodzenia polnymi drogami od domu do domu, gdzie można się było umyć i załatwić w ubikacjach, w końcu weszliśmy w góry. Trzeba było kopać dziury w ziemi, przykrywać je liśćmi, nie było papieru. Tak samo ciężko było z myciem. Trzeba było to robić w strumieniach, przy wszystkich (...).

Po pięciu miesiącach pożałowałam, ale już nie mogłam odejść. Zresztą mojej mamie powiedzieli, że nie żyję, że mnie zabili. Jak moją kuzynkę, która też z nimi poszła, a kiedy chciała uciec, złapali ją, zrobili sąd wojenny i zabili.

Potem dali mi mundur, plecak i zaczęliśmy maszerować (...). Chcę zapomnieć, co było potem. Na przykład bitwę pod Morro Pelao, gdzie musiałam strzelać z moździerza. Strzelanina była okropna (...). Miałam wielu dowódców... Przenosili mnie z frontu na front...

Dwa miesiące temu zostałam ranna. To było straszne. W środku bitwy musiałam odbezpieczyć granat i rzucić w żołnierzy. Ale strzelali do mnie z bliska, a ja źle go złapałam, wybuchł i urwał mi nogę. Zaczęła mi płynąć krew, kupa krwi, wrzasnęłam, jak zobaczyłam, że nie mam nogi. Krzyczałam, aż przyszedł partyzant, a ja zemdlałam. Jak się obudziłam, już uciekliśmy żołnierzom. Poszliśmy do obozu, gdzie mi zaszyli nogę. Ale wojsko było blisko, więc partyzanci mnie zostawili w jakimś domu, jakbym już ich nie obchodziła. Chciałam porozmawiać z dowódcą, żeby mi zostawili ubrania i rzeczy do mycia, ale mi nie pozwolili. Kiedy poszli i nie wracali, z drugim kolegą, też rannym, postanowiliśmy uciec (...). Strasznie się baliśmy, bo mówili nam zawsze, że nie możemy się dać złapać żywcem, bo żołnierze zaraz nas zgwałcą, będą torturować i potem zabiją. Ale przyjęli nas dobrze. Dali jeść i ubranie. Obiecali, że zabiorą do Bogoty. Teraz myślę tylko tym, żeby zdobyć nogę i móc znowu chodzić. W bazie żołnierze pomagają mi chodzić do ubikacji, a jeden generał dał mi kule. Chcę zdać maturę i uczyć się na pielęgniarkę, bo bardzo to lubię. Dużo myślę o kolegach z partyzantki, którzy zostali. Fajnie byłoby, jakby im nastawili przez pomyłkę radio wojskowe, bo wtedy usłyszeliby nas, którzy zdezerterowaliśmy.

Teraz chcę o wszystkim zapomnieć. Było minęło'.

Takich świadectw jest coraz więcej. Bo coraz więcej żołnierzy FARC - i tych weteranów, którzy dawno temu poszli tam dla idei, z własnej woli, ale się wypalili, i tych, których wzięto przemocą lub oszustwem w wieku dziecięcym, ale się rozczarowali i opamiętali - odpowiada na wezwania armii regularnej i ucieka z dżungli i gór. Inni wpadają w ręce wojska w bitwach jako jeńcy i zostają po drugiej stronie.

Faktem jest więc, że FARC, Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii, krwawią, przegrywają wojnę, którą im wypowiedział sześć lat temu prezydent Álvaro Uribe. Do ostatecznej klęski jeszcze daleko, ale komendanci FARC siedzący w puszczy od kilkudziesięciu lat widzą, co się dzieje, i próbują się ratować.

Branka dzieci tresowanych potem w dyscyplinie i zabijaniu to codzienność kolumbijskiej wojny domowej. Dziećmi posługują się nie tylko partyzanci FARC, ale także ich koledzy z ELN i samozwańcza paramilitarna armia prawicowa AUC, która powstała na początku lat 80., by walczyć przeciw FARC.

Dzieci to surowiec wojenny plastyczny jak plastelina i wdzięcznie lepi się z niego zawodowych zabójców. Dziećmi wysługują się też zwykłe bandyckie gangi i kartele narkotykowe.

Paramilitarni z AUC już oficjalnie nie walczą, trzy lata temu rozbroili się i wielu ich komendantów siedzi w więzieniu. Ale FARC walczy nadal i jest w wyraźnym odwrocie w wojnie z armią rządową.

Dlatego od kilku miesięcy komendanci FARC biorą dzieci masowym i brutalnym zaciągiem. Na alarm w tej sprawie biją armia, Kościół katolicki i liczne organizacje pozarządowe zajmujące się losem ludności cywilnej na terenach objętych wojną domową.

Branka odbywa się w 31 z 32 departamentów Kolumbii. Na ubogich obrzeżach wielkich miast, w odległych od miast biednych wioskach i małych miasteczkach. Zawsze tam, gdzie najbiedniej, gdzie brak ziemi, pieniędzy, edukacji, szans na dobrą pracę. Gdzie stosunki w społeczności i rodzinach są brutalne, gdzie jest pijaństwo, przemoc domowa. Metody to mieszanina gróźb, szantażu i gwałtu oraz kuszenia przygodą, opieką i dobrobytem. Jeśli dzieci nie dają się skusić, a rodzice zastraszyć, partyzanci biorą je siłą. Często torturują, karzą za opór lub próby ucieczki, a nawet zabijają.

Kościół katolicki zebrał dane o 500 dzieciach uprowadzonych w ciągu ostatniego roku do puszczy w departamentach Meta, Guaviare, Putumayo, Caquetá, Arauca i Vaupés. Od razu są wdrażane do życia jako armia dziecięca. Najpierw używa się ich jako wywiadowców, którzy lokalizują oddziały armii rządowej i donoszą dowódcom partyzanckim, jako strażników w obozach, tragarzy i posłańców, a także do układania min przeciwpiechotnych w okolicach obozów. Potem stopniowo uczy się je posługiwania bronią i rzuca do walki.

Czasem zdarza się cud. W wiosce El Capricho, nieopodal stolicy departamentu San José del Guaviare, oddział FARC próbował uprowadzić ze szkoły 100 dzieci. W ich obronie stanęła dyrektorka szkoły, zmobilizowała mieszkańców wioski, którzy tłumnie pospieszyli na pomoc i nie dopuścili do masowej branki. Członkowie FARC zwykle łamią opór terrorem, tym razem ustąpili przed zbiorowym buntem. Dyrektorka wygrała, ale musiała uciekać z wioski.

W Picalojo uprowadzili samotnej matce 12-letniego syna, jedno z czwórki jej dzieci. Matka opowiadała: - Najpierw jedna milicjantka przychodziła do wioski, gadała z dzieciakami, przynosiła im słodycze albo coś innego do jedzenia, zaprzyjaźniała się. Opowiadała, jak to fajnie jest w FARC. Niektóre dzieci z wioski poszły z nią z własnej woli, inne zabrali siłą. Ja musiałam się stamtąd wynosić, ale najstarszego nie zdołałam uratować. Zabrali mi go, zanim uciekłam. Odwracał się i wołał: 'Mamo, ratuj!'. Ale nie mogłam nic zrobić, boby mnie zabili - opowiadała kobieta dziennikarzom tygodnika 'Cambio'.

Biuro Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka w Kolumbii szacuje, że kilka lat temu w szeregach 20-30-tys. armii FARC dzieci w różnym wieku było od 6 do 11 tys. Dzisiaj jest ich od 14 do 17 tys., wliczając dzieci wcielone już do armii oraz te, które są na razie wykorzystywane jako służby pomocnicze. Dzisiaj co czwarty partyzant FARC jest nieletni. Kiedyś średnia wieku młodocianych żołnierzy wynosiła 13 lat, dzisiaj - 11,8 roku. Średnio dzieci walczą w szeregach armii dwa lata, potem dorastają, giną lub uciekają. W ciągu ostatnich 10 lat zginęło w walkach z armią 6410 dzieci-żołnierzy.

Ucieczka karana jest sądem polowym i śmiercią. Wyrok wykonuje zwykle równie nieletni żołnierz, Udział w egzekucji wiąże kata z oddziałem, a innym służy za przykład i przestrogę.

Mimo to uciekają. W ciągu pięciu miesięcy w 2009 r. uciekło z FARC aż 4032 dzieci-żołnierzy, a rok temu tylko 415. Jedna trzecia to dziewczynki, dwie trzecie chłopcy. Trafiają pod opiekę Instytutu Rodzinnego, który je wychowuje i przywraca do normalnego życia w tajnych ośrodkach rehabilitacji społecznej.

Kilka lat temu byłem w takim ośrodku. Zjawisko branki dzieci do FARC nie było tak masowe, ale ich opowieści brzmiały podobnie jak dziś.

Źródło: Wysokie Obcasy
  • 20 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':