Rok 2007 - 915 zachorowań na wszystkie postaci choroby, w tym 694 przypadki tzw. kiły wczesnej nabytej. Rok 2008 - 906 zachorowań, w tym 699 świeże zakażenia. To wyraźnie więcej niż nowe zakażenia HIV, o których tyle się słyszy. A także namacalny dowód na to, że kiła wcale nie odeszła. I naprawdę trudno pocieszać się tym, że sytuacja jest o niebo lepsza niż 50-60 lat temu, kiedy to mieliśmy prawdziwą epidemię tej choroby.

Wtedy było tak źle, że 16 kwietnia 1946 r. wprowadzono specjalny dekret o zwalczaniu chorób wenerycznych. Była to drakońska metoda walki z kiłą, ale trzeba przyznać, że wprowadzenie bezpłatnego i obowiązkowego leczenia, obowiązkowych badań kobiet w ciąży szybko przyniosło rezultaty. Jeszcze w roku 1950 notowano w Polsce prawie 17 tys. nowych zachorowań, pięć lat później - niespełna 4,5 tys.

Znikają badania

Przez lata statystyki poprawiały się regularnie. Niestety, 10-12 lat temu ten trend wyhamował, a nawet zaczął się odwracać. Znów zaczęło przybywać świeżych zakażeń. W ostatniej dekadzie dwukrotnie wzrosła też w porównaniu z latami 90. liczba przypadków kiły wrodzonej (dzieje się tak, gdy matka zakaża dziecko w czasie ciąży).
Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej