Główny program informacyjny TVP w sobotni wieczór poinformował Polaków, że senator Krzysztof Piesiewicz ma kłopoty - był szantażowany i pomawiany o posiadanie narkotyków. Potem przypomniały, że gdy parlament nowelizował ustawę lustracyjną Piesiewicz domagał się by przy otwieraniu SB-ckich archiwów tzw. dane wrażliwe (dotyczące prywatnego życia inwigilowanych przez SB) nie były ujawniane. Jako komentator wystąpił Bronisław Wildstein. Połączył te dwa fakty i wyszło mu, że Piesiewicz bronił prywatnego życia dawnych opozycjonistów, bo sam ma nieczyste sumienie.
Wildstein prywatny dramat Piesiewicza jednym komentarzem przerobił na aferę lustracyjną. Co łączy te sprawy? Nic. Tylko obsesyjnie skoncentrowany na teczkach umysł Wildsteina mógł je powiązać. Bo Wildstein ma obsesję na punkcie teczek. Na punkcie lustracji. I każdego, kto nie chce upublicznić wszystkich teczek w całości. W ten sposób Wildstein dołączył do szantażystek Piesiewicza. W sojuszu z nimi na antenie telewizji publicznej wykańczał autorytet Piesiewicza. I w sojuszu z redaktorami "Wiadomości". Bo to oni pozwolili Wildsteinowi ogłosić swoją łajdacką hipotezę. Było to nieprzyzwoite i obrzydliwe. Po prostu haniebne.
Tym bardziej, że "Wiadomości" przemilczały sobotnie gorzkie słowa abp. Józefa Życińskiego, że część mediów o sprawie Piesiewicza mówi "językiem nihilizmu", że "identyfikują się z szantażystami" i że nie przestrzegają nawet minimalnych zasad humanizmu. "Wiadomości" i Wildstein w sobotę zapomnieli o tych zasadach na amen. Było to nieprzyzwoite i obrzydliwe. Po prostu haniebne.