Tomasz Sekielski i Andrzej Morozowski postanowili w poniedziałkowy wieczór rozwiązać w pół godziny sprawy, które od 40 lat badają historycy. Także prawnicy w dwóch procesach. W pierwszym, w którym Jaruzelski jest oskarżony o sprawstwo kierownicze masakry w grudniu 1970 r., i drugim - jako jeden z autorów stanu wojennego.
Zaczęli od strzelania do generała pytaniami osobistymi: Czy myśli pan o śmierci? Czy wierzy pan w niebo, piekło, czyściec? Gdzie pan trafi po śmierci? Dlaczego pan stracił wiarę?
Zmieszany Jaruzelski mówił, że to telewizja, a nie konfesjonał, ale Morozowski i Sekielski nie znali litości. Jeszcze dychał, więc poszli dalej. Przepytali ofiary stanu wojennego, które opisywały tragiczne losy swoje lub krewnych, a następnie zapytali: Dlaczego pan tak splamił krwią własne ręce?
Nie wierzyłem własnym oczom i uszom. Pytania jak z czołówek tabloidów. Nie chodziło o to, by gość na nie odpowiedział. Miały dobić generała, a nie pomóc ofiarom stanu wojennego. Ludzie ci stali się tylko amunicją. Po co gwiazdy TVN sięgnęły po takie chwyty? Odpowiedź dał sam generał: by "wzbudzić w ludziach emocje, które by wykazały, jakim jestem potworem".
Przed laty Ryszard Kapuściński (w rozmowie z Katarzyną Janowską i Piotrem Mucharskim) mówił, co się dzieje, gdy dziennikarz zamienia się w media workera (pracownika mediów): "Dla niego ta praca nie jest związana z żadną powinnością społeczną czy obowiązkiem etycznym. On jest od sprzedawania towarów, jak wszyscy pracownicy sektora usług. Na świecie nikt nie żąda od media workers, by byli komentatorami spraw wielkiego świata albo dawali nam jakieś objaśnienia o walorze poznawczym. Rozlicza się ich z atrakcyjności towaru, który wyprodukują".
Sekielski na koniec zapytał generała, czy dobrze śpi. Niestety, i z tym pytaniem generał sobie poradził. Ale ja nie mogę sobie poradzić z pytaniem: co się dzieje z "Teraz My"?
"Teraz My", TVN, poniedziałek 23 listopada