Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl
- Przepraszam, że zostaliście oderwani od rodziców i umieszczeni w instytucjach, gdzie padaliście ofiarą nadużyć - mówił premier Kevin Ruud w czasie niezwykłej ceremonii w gmachu parlamentu w Canberze. - Byliście porzuceni i zdradzeni przez rząd, Kościoły, organizacje charytatywne - wtórował mu szef opozycji Malcolm Turnbull.
Kiedy Turnbull odczytywał wspomnienia jednego z chłopców, siłą rozdzielonego z bratem w latach 50. w sierocińcu, głos mu się załamał. Wówczas ten, o którym polityk właśnie mówił - dziś siwy, zgarbiony mężczyzna - podszedł do mównicy i objął Turnbulla. Na sali rozległy się owacje.
Przeprosin przywódców dwóch partii na przemian rządzących Australią w ostatnich kilkudziesięciu latach słuchało ze łzami w oczach około tysiąca starszych ludzi, którzy jako dzieci w latach 1930-70 przeszli przez piekło sierocińców i przytułków. Byli często siłą odbierani rodzicom z biednych czy patologicznych rodzin. To właśnie ich nazywa się dziś "zapomnianymi Australijczykami", a to, co ich spotkało, określane jest mianem "jednego z najciemniejszych rozdziałów w historii kraju".
W sali parlamentu siedzieli też ci, którzy do Australii zostali wywiezieni z Wielkiej Brytanii i Irlandii w ramach programu dziecięcej emigracji do zamorskich kolonii, trwającego od końca lat 20. do 1967 r. Miało to pomóc w poradzeniu sobie z socjalnymi problemami epoki kryzysu sprzed II wojny światowej i po niej.
Sierotom i dzieciom z biednych, patologicznych czy rozbitych rodzin na Wyspach obiecywano świetlaną przyszłość za oceanem. Te, które nie chciały jechać, były okłamywane, że ich rodzice właśnie zmarli. Ojcowie i matki mieli z kolei solenne zapewnienia rządowych organizacji, że ich pociechy trafią w dobre ręce.
66-letnia dziś Margaret Gallagher trafiła do Sydney w 1955 r. jako 12-letnia dziewczynka i była zmuszana do ciężkiej pracy w kilku sierocińcach prowadzonych przez zakonnice. John Hennessy, obecnie burmistrz leżącego na przedmieściach Sydney Campbelltown, przypłynął do Perth w 1947 r. Do dziś w uszach dźwięczy mu powitanie arcybiskupa miasta: - Witajcie w Australii, potrzebujemy was jako dobrej białej siły roboczej.
Hennessy trafił do otoczonego wyschniętym buszem Fremantle w Australii Zachodniej - do instytucji zwanej Bindoon, prowadzonej przez irlandzką Kongregację Braci w Chrystusie. Prowadził ją chory z ambicji zakonnik, który chciał stworzyć najlepszy katolicki sierociniec na ziemi. Zmuszał więc dzieci do pracy od świtu do zmierzchu. Niepokorni byli rozbierani do naga, molestowanie seksualne było na porządku dziennym, zdarzały się gwałty.
Dzieci z rozbitych australijskich rodzin nie miały lepiej. Premier Ruud odczytał świadectwo Gary'ego, który w wieku sześciu lat chciał się powiesić w sierocińcu, bo rozdzielono go od rodzeństwa. Bliźniaczki Robyn i Judy, zostawione przez matkę, trafiły w wieku pięciu lat do jednej z kościelnych instytucji, gdzie bito je sprzączką od paska i bambusowymi kijkami.
Sandra Anker, która została wywieziona w 1950 r. do Australii z Wielkiej Brytanii w wieku sześciu lat, chciałaby teraz usłyszeć "przepraszam" od władz w Londynie. - Przez wiele lat miałam nadzieję, że ktoś zrozumie, iż popełniono błąd, i wrócę do domu - mówiła ze łzami w oczach w wywiadzie dla BBC. - Zostaliśmy deportowani, pozbawieni praw obywatelskich, cierpieliśmy... Rząd angielski powinien za to przeprosić i pomóc nam wrócić.
Już w niedzielę doradcy premiera Gordona Browna zapewniali, że i on przeprosi za program emigracji dzieci, tyle że na początku przyszłego roku.