http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Polska rozgrywka: jak wybrać szefów Unii Europejskiej

Tomasz Bielecki, Bruksela
2009-11-12, ostatnia aktualizacja 2010-08-12 00:53

Zakulisowe negocjacje czy przesłuchania połączone z oceną "programów wyborczych"? Kraje UE spierają się, jak wyłonić nowych szefów Unii

Budynek Parlamentu Europejskiego
Fot. Joanna Blewąska / Agencja Gazeta
Budynek Parlamentu Europejskiego
SERWISY
Traktat lizboński, który wchodzi w życie 1 grudnia, powołuje nowy urząd szefa unijnej dyplomacji oraz tzw. prezydenta UE, czyli stałego przewodniczącego Rady Europejskiej (rady szefów państw UE). Przywódcy 27 krajów UE zamierzają obsadzić te dwa stanowiska już 19 listopada na szczycie w Brukseli.

Spore zamieszanie w UE wywołała propozycja Polski, aby kandydaci na oba stanowiska najpierw przedstawili Radzie Europejskiej swą "wizję sprawowania urzędów" i dopiero potem zgodnie z traktatami unijnymi zostali zatwierdzeni większością dwóch trzecich głosów w Radzie. Uderza to w obecną strategię Szwecji, która teraz przewodzi UE dążącej do wyłonienia po jednym pewnym kandydacie na szefa dyplomacji i prezydenta za pomocą telefonicznych konsultacji z każdym krajem UE z osobna.

- Polska propozycja jest mało realistyczna - przekonywał wczoraj szwedzki premier Frederik Reinfeldt. Tłumaczył, że nieformalni kandydaci, którzy są często urzędującymi premierami bądź ministrami, nie zgodziliby się na otwartą rywalizację o unijne urzędy na forum Rady Europejskiej. - Starają się uniknąć publicznej przegranej. Spodziewam się, że potwierdzą otwarcie swe kandydowanie dopiero, kiedy będą czuć, że są pewniakami - tłumaczył Reinfeldt.

Jednak polską propozycję nieformalnie poparły już Czechy, Słowacja, Finlandia, Estonia i Łotwa, a w jej forsowanie ponoć szczególnie mocno zaangażował się litewski minister spraw zagranicznych Vygaudas Ušackas. Zwłaszcza dla nowych krajów UE, które teoretycznie dysponują głosami wystarczającymi do zablokowania wyboru w Radzie, otwarta rywalizacja byłaby najlepszą gwarancją, że nowy szef dyplomacji oraz prezydent UE nie zostanie im narzucony przez najsilniejsze kraje UE.

Polacy szczególnie zabiegają o wpływ na obsadę szefa unijnego "MSZ", bo prezydent UE wbrew swej nazwie raczej nie będzie - jak się obecnie wydaje - znaczącą postacią w Brukseli. Najsilniejszym kandydatem na prezydenta jest obecnie belgijski premier Herman Van Rompuy, któremu zdaniem belgijskich mediów zaproponowali to stanowisko Angela Merkel i Nicolas Sarkozy przed dwoma tygodniami. Ich wspólny telefon z Paryża miał wystarczyć, by Belg stał się faworytem, choć oficjalne konsultacje z krajami UE rozpoczęły się kilka dni później.

Szwedzi przyznają, że kraje UE zaproponowały im dotychczas "wielu kandydatów" na oba urzędy, a selekcja będzie trudniejsza, niż się spodziewali. Brytyjczycy wciąż twardo domagają się posady w Brukseli, choć ich najsilniejszy kandydat Tony Blair jest już bez większych szans. Jednocześnie dyplomaci z kilku nowych krajów UE nie rezygnują z pomysłu na szefa dyplomacji z byłego bloku radzieckiego. Ponadto wciąż niezłe notowania ma były włoski premier Massimo D'Alema, który jest dotychczas jedynym politykiem otwarcie potwierdzającym, że jest kandydatem na unijny stołek.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy