'Dajcie mi tego pieprzonego polskiego skrzypka, bo ma niesamowite brzmienie' - tak powiedział do swojego menedżera Miles Davis, widząc pana w telewizji. Jak do tego doszło? Przypadek. Byłem w Kalifornii i rozglądałem się za pracą. Znałem się z producentem Tonym LiPumą, więc zadzwoniłem, odebrała sekretarka: 'Skąd wiedziałeś, że cię szukamy? Tony'ego przeniesiono do Nowego Jorku, został szefem Warner Brothers. Skontaktuj się z nim'. Skontaktowałem się. 'Podpisaliśmy kontrakt z Milesem Davisem. Przyjeżdżaj, będziesz grał', i zacytował Milesa: 'Give me this Polish fucking fiddler, he's got the sound'.
W jakim programie zobaczył pana Miles? W 'Tonight Show' Johna Carsona. Żeby tam się dostać, płaciło się fortunę. A mnie znowu pomógł przypadek. Wracałem z Nowego Jorku do Szwecji, gdzie sprowadziliśmy z Ulą całą rodzinę. Kiedy dowiedziałem się, że będę przejeżdżał przez Kopenhagę, zadzwoniłem do producenta Nielsa Winthera, mówiąc, że będę miał kilka godzin wolnego, więc może byśmy coś nagrali. Odebrał mnie z dworca. Miałem cztery godziny do pociągu, ale zdążyliśmy. Powstała fajna płyta. 150 egzemplarzy trafiło do Stanów i dostała się na playlistę ważnej stacji radiowej w Los Angeles. Pewnego dnia telefon. Producent 'Tonight Show' proponował mi udział w programie i występ z big-bandem. Carson usłyszał mnie, jadąc samochodem. Mieli jedną wątpliwość: czy moje brzmienie było wypreparowane w studiu. W telewizji udowodniłem, że gram bez trików. Miles, kiedy nie występował, siedział przed telewizorem. I mnie zobaczył.
Jak było podczas sesji? Do
studia wprowadził mnie Tony. Przywitałem się z Marcusem, który przez siedem lat był moim basistą. Grał ze mną już jako 15-latek. Pokazał mi studio. Zapytałem, czego Miles ode mnie oczekuje. Miałem zagrać na elektrycznych skrzypcach do gotowej ścieżki. Czułem się jak w domu, bo w nagraniu wzięli udział Bernard Wright i Lenny White, którzy z Marcusem tworzyli mój zespół. Masełko. I zostałem zaproszony na następny dzień, kiedy miał nagrywać Miles. Przyszedłem. Miles zaczął się rozglądać. Podszedł. Sięgał mi do ramienia. Wychrypiał: 'Jak ci się grało?'. 'Mam nadzieję, że w taki sposób, jak oczekiwałeś'. Odpowiedzią było przeciągłe 'Yeah...'. I nagle zaczął masować mi kark. Rozpłakałem się niczym dziecko. Potem wziął mnie do fortepianu, pokazywał akordy. Byłem nieprzytomny ze wzruszenia.
Ale to nie było pana pierwsze spotkanie z Davisem. To prawda. Kiedy miałem 19 lat, wyjechałem na stypendium ufundowane przez Departament Stanu.
Jak to się stało? Dwa lata wcześniej spotkałem w Łodzi Zbigniewa Namysłowskiego. Zdałem już do akademii muzycznej, byłem tak zwanym wcześniakiem. Ale wciągnął mnie
jazz. Rzuciłem skrzypce w kąt, zapaliłem się do saksofonu. Zbyszek powiedział: 'Stary, swingujesz jak cholera, gdybyś przyjechał do Warszawy, gralibyśmy razem'. Spakowałem manatki i pojechałem do stolicy z pomysłem, by jednocześnie grać klasykę i jazz. Zdałem do klasy profesora Tadeusza Wrońskiego.
Jednego z najwybitniejszych pedagogów na świecie. Kiedy zdałem, zapytał, czy jestem 'dżezistą'. Ostrzegł mnie, że jazz gra podejrzany element. Alkoholicy i narkomani. Odpowiedziałem, że chcę udowodnić, że jest inaczej. Ale wracałem z akademii, wypijałem piwo i szedłem do Hybryd. Musiałem przyznać profesorowi wiele racji.
A jak trafił pan do Ameryki? Byłem ledwie dwa miesiące w Warszawie, kiedy w Hybrydach odwiedził nas Andrzej Trzaskowski. Zaprosił do baru i zapytał, czy nie chcielibyśmy ze Zbyszkiem grać w jego zespole. Zbyszek powiedział: 'Jo'. Ja powiedziałem: 'Jo'. 'No to jutro spotykamy się w ambasadzie amerykańskiej ustalić szczegóły dwumiesięcznego stypendium w Ameryce'. W życiu nie byłem nawet przy pasie przygranicznym. Pierwszą podróż zagraniczną odbyłem do Nowego Jorku. Wiele razy musiałem się szczypać w rękę, żeby upewnić się, czy nie śnię.
Na przykład? Przeżyłem cywilizacyjny szok. Po Ameryce woziły nas limuzyny Departamentu Stanu. Pamiętam czerwone dywany instytucji, które odwiedzaliśmy. A Zbyszek Namysłowski wprowadzał modę, która do dziś mi się podoba: sandałeczki, krótkie spodenki i Jasio Wędrowniczek w kieszeni. Dawaliśmy plamę, ale nie mieliśmy o tym pojęcia. Na spotkaniu z prezydentem Johnem Kennedym i sekretarzem stanu Deanem Ruskiem wystąpiliśmy w wymiętych garniturkach. Ruskowi zdarzyło mi się powiedzieć - zamiast 'How do you do' - 'High fly'. Nie znałem angielskiego. Potem ustawiliśmy się w kolejce do fontanny z szampanem. Ja byłem na końcu, Zbyszek na początku. On brał kieliszek dla mnie, ja dla niego. Bez komentarza.
W Nowym Jorku siedział pan przy jednym stoliku z Coltrane'em. Nie odzywał się do nikogo. Jak Miles. Zza szyby widziałem koncert Louisa Armstronga, bo nie miałem 21 lat i nie mogłem wejść do strefy, gdzie był bar. Te spotkania były jednocześnie niesamowite i normalne. Przychodził Andrzej Trzaskowski i mówił: 'W San Francisco gra Miles Davis'. No to jedziemy. Przyjeżdżały limuzyny i jeszcze dawali nam po 15 dol. dziennie na płyty. Kupiłem 500 jazzowych albumów!
Jak wyglądało pierwsze spotkanie z Davisem? Ralph Gleason, jeden z prominentnych krytyków jazzowych, uprzedził nas, że z Milesem Davisem się nie rozmawia, bo bojkotuje białych. Ale po koncercie zauważyłem, że Miles wychodzi z klubu. W odlotowym błyszczącym garniturze, z apaszką - może od Juliette Greco, z którą miał romans w Paryżu. Usiadł na krawężniku. Obok była budka telefoniczna. Usiadłem za nią i chłonąłem go oczami.