http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pieprzony polski skrzypek

Paweł Tomaszewski
2009-11-07, ostatnia aktualizacja 2009-10-24 19:15

<b>Michał Urbaniak</b>
- ur. 1943 r., jest jednym z najwybitniejszych polskich jazzmanów. Kompozytor, 
skrzypek, saksofonista. 
Były mąż wokalistki Urszuli Dudziak, ojciec Miki Urbaniak. 
Zapraszany do współpracy przez Wayne'a Shortera, Joe Zawinula, Rona Cartera, Kenny'ego Barrona, Quincy Jonesa. W 1985 r. uczestniczył nagraniu 'Tutu' Milesa Davisa. Wydał właśnie album inspirowanym tym wydarzeniem - zatytułowany 'Miles of Blue'
Michał Urbaniak - ur. 1943 r., jest jednym z najwybitniejszych polskich jazzmanów. Kompozytor, skrzypek, saksofonista. Były mąż wokalistki Urszuli Dudziak, ojciec Miki Urbaniak. Zapraszany do współpracy przez Wayne'a Shortera, Joe Zawinula, Rona Cartera, Kenny'ego Barrona, Quincy Jonesa. W 1985 r. uczestniczył nagraniu 'Tutu' Milesa Davisa. Wydał właśnie album inspirowanym tym wydarzeniem - zatytułowany 'Miles of Blue'
Fot. Adam Kozak

'Profesor zapytał, czy jestem 'dżezistą'. Ostrzegał mnie, że jazz gra podejrzany element. Alkoholicy i narkomani. Muszę przyznać, że profesor miał wiele racji' - rozmowa z Michałem Urbaniakiem

ZOBACZ TAKŻE
'Dajcie mi tego pieprzonego polskiego skrzypka, bo ma niesamowite brzmienie' - tak powiedział do swojego menedżera Miles Davis, widząc pana w telewizji. Jak do tego doszło?

Przypadek. Byłem w Kalifornii i rozglądałem się za pracą. Znałem się z producentem Tonym LiPumą, więc zadzwoniłem, odebrała sekretarka: 'Skąd wiedziałeś, że cię szukamy? Tony'ego przeniesiono do Nowego Jorku, został szefem Warner Brothers. Skontaktuj się z nim'. Skontaktowałem się. 'Podpisaliśmy kontrakt z Milesem Davisem. Przyjeżdżaj, będziesz grał', i zacytował Milesa: 'Give me this Polish fucking fiddler, he's got the sound'.

W jakim programie zobaczył pana Miles?

W 'Tonight Show' Johna Carsona. Żeby tam się dostać, płaciło się fortunę. A mnie znowu pomógł przypadek. Wracałem z Nowego Jorku do Szwecji, gdzie sprowadziliśmy z Ulą całą rodzinę. Kiedy dowiedziałem się, że będę przejeżdżał przez Kopenhagę, zadzwoniłem do producenta Nielsa Winthera, mówiąc, że będę miał kilka godzin wolnego, więc może byśmy coś nagrali. Odebrał mnie z dworca. Miałem cztery godziny do pociągu, ale zdążyliśmy. Powstała fajna płyta. 150 egzemplarzy trafiło do Stanów i dostała się na playlistę ważnej stacji radiowej w Los Angeles. Pewnego dnia telefon. Producent 'Tonight Show' proponował mi udział w programie i występ z big-bandem. Carson usłyszał mnie, jadąc samochodem. Mieli jedną wątpliwość: czy moje brzmienie było wypreparowane w studiu. W telewizji udowodniłem, że gram bez trików. Miles, kiedy nie występował, siedział przed telewizorem. I mnie zobaczył.

Jak było podczas sesji?

Do studia wprowadził mnie Tony. Przywitałem się z Marcusem, który przez siedem lat był moim basistą. Grał ze mną już jako 15-latek. Pokazał mi studio. Zapytałem, czego Miles ode mnie oczekuje. Miałem zagrać na elektrycznych skrzypcach do gotowej ścieżki. Czułem się jak w domu, bo w nagraniu wzięli udział Bernard Wright i Lenny White, którzy z Marcusem tworzyli mój zespół. Masełko. I zostałem zaproszony na następny dzień, kiedy miał nagrywać Miles. Przyszedłem. Miles zaczął się rozglądać. Podszedł. Sięgał mi do ramienia. Wychrypiał: 'Jak ci się grało?'. 'Mam nadzieję, że w taki sposób, jak oczekiwałeś'. Odpowiedzią było przeciągłe 'Yeah...'. I nagle zaczął masować mi kark. Rozpłakałem się niczym dziecko. Potem wziął mnie do fortepianu, pokazywał akordy. Byłem nieprzytomny ze wzruszenia.

Ale to nie było pana pierwsze spotkanie z Davisem.

To prawda. Kiedy miałem 19 lat, wyjechałem na stypendium ufundowane przez Departament Stanu.

Jak to się stało?

Dwa lata wcześniej spotkałem w Łodzi Zbigniewa Namysłowskiego. Zdałem już do akademii muzycznej, byłem tak zwanym wcześniakiem. Ale wciągnął mnie jazz. Rzuciłem skrzypce w kąt, zapaliłem się do saksofonu. Zbyszek powiedział: 'Stary, swingujesz jak cholera, gdybyś przyjechał do Warszawy, gralibyśmy razem'. Spakowałem manatki i pojechałem do stolicy z pomysłem, by jednocześnie grać klasykę i jazz. Zdałem do klasy profesora Tadeusza Wrońskiego.

Jednego z najwybitniejszych pedagogów na świecie.

Kiedy zdałem, zapytał, czy jestem 'dżezistą'. Ostrzegł mnie, że jazz gra podejrzany element. Alkoholicy i narkomani. Odpowiedziałem, że chcę udowodnić, że jest inaczej. Ale wracałem z akademii, wypijałem piwo i szedłem do Hybryd. Musiałem przyznać profesorowi wiele racji.

A jak trafił pan do Ameryki?

Byłem ledwie dwa miesiące w Warszawie, kiedy w Hybrydach odwiedził nas Andrzej Trzaskowski. Zaprosił do baru i zapytał, czy nie chcielibyśmy ze Zbyszkiem grać w jego zespole. Zbyszek powiedział: 'Jo'. Ja powiedziałem: 'Jo'. 'No to jutro spotykamy się w ambasadzie amerykańskiej ustalić szczegóły dwumiesięcznego stypendium w Ameryce'. W życiu nie byłem nawet przy pasie przygranicznym. Pierwszą podróż zagraniczną odbyłem do Nowego Jorku. Wiele razy musiałem się szczypać w rękę, żeby upewnić się, czy nie śnię.

Na przykład?

Przeżyłem cywilizacyjny szok. Po Ameryce woziły nas limuzyny Departamentu Stanu. Pamiętam czerwone dywany instytucji, które odwiedzaliśmy. A Zbyszek Namysłowski wprowadzał modę, która do dziś mi się podoba: sandałeczki, krótkie spodenki i Jasio Wędrowniczek w kieszeni. Dawaliśmy plamę, ale nie mieliśmy o tym pojęcia. Na spotkaniu z prezydentem Johnem Kennedym i sekretarzem stanu Deanem Ruskiem wystąpiliśmy w wymiętych garniturkach. Ruskowi zdarzyło mi się powiedzieć - zamiast 'How do you do' - 'High fly'. Nie znałem angielskiego. Potem ustawiliśmy się w kolejce do fontanny z szampanem. Ja byłem na końcu, Zbyszek na początku. On brał kieliszek dla mnie, ja dla niego. Bez komentarza.

W Nowym Jorku siedział pan przy jednym stoliku z Coltrane'em.

Nie odzywał się do nikogo. Jak Miles. Zza szyby widziałem koncert Louisa Armstronga, bo nie miałem 21 lat i nie mogłem wejść do strefy, gdzie był bar. Te spotkania były jednocześnie niesamowite i normalne. Przychodził Andrzej Trzaskowski i mówił: 'W San Francisco gra Miles Davis'. No to jedziemy. Przyjeżdżały limuzyny i jeszcze dawali nam po 15 dol. dziennie na płyty. Kupiłem 500 jazzowych albumów!

Jak wyglądało pierwsze spotkanie z Davisem?

Ralph Gleason, jeden z prominentnych krytyków jazzowych, uprzedził nas, że z Milesem Davisem się nie rozmawia, bo bojkotuje białych. Ale po koncercie zauważyłem, że Miles wychodzi z klubu. W odlotowym błyszczącym garniturze, z apaszką - może od Juliette Greco, z którą miał romans w Paryżu. Usiadł na krawężniku. Obok była budka telefoniczna. Usiadłem za nią i chłonąłem go oczami.

Źródło: Wysokie Obcasy
  • 14 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    32 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':