Gdyby tylko nie miała tak wielkich nadziei! Lecz myślenie o tym jest niczym więcej jak rozważaniem niemożliwego. Nadzieja towarzyszyła jej przez całe życie, we wszystkim, nawet w obliczu śmierci. Nie oznacza to bynajmniej, że matka była pogodna z natury. Przeciwnie, niemal zawsze zmagała się z depresją. Najbardziej rzucało się to w oczy, gdy zaraz po przebudzeniu, żeby przezwyciężyć przygnębienie, zaczynała mówić w zawrotnym tempie o czymkolwiek, jakby deszcz słów miał poprawić jej nastrój. A jednak, choć zakrawać to może na paradoks, nawet na własną rozpacz spoglądała ze swego rodzaju nadzieją. Pojąłem to w pełni dopiero po przeczytaniu notatki zrobionej bezpośrednio po amputacji piersi na pierwszej stronie w kolejnym zeszycie dziennika: 'Rozpacz przynosi wolność'. Uznałem to zrazu za makabryczny żart, lecz po dalszej lekturze zrozumiałem, że napisała to całkowicie serio. 'Nie jestem w stanie pisać, bo nie pozwalam sobie (i nie umiem pozwolić) na dawanie upustu przytłaczającej mnie rozpaczy. Nieustanne dążenie. Obrona przed rozpaczą obezwładnia mnie'.
Ten skierowany do siebie apel o 'uległość' wobec rozpaczy był kolejnym projektem mającym służyć przemianie osobowości, czy też samodoskonaleniu, niemal tak samo jak tworzone na własny użytek spisy lektur czy plany podróży. Ale czy mogło być inaczej? Obrona przed rozpaczą w utartym tego słowa znaczeniu - czyli rozpaczą, która paraliżuje - a przy tym wiara, że jeśli czegoś w życiu zapragnie, będzie to w stanie zrealizować (nie licząc miłości, w tej bowiem sferze nie miała, jak się jej zdawało, ani odrobiny talentu i nie wierzyła, że jej wola może czemukolwiek służyć), doskonale sprawdzały się od tylu lat, zatem z empirycznego punktu widzenia byłoby szaleństwem, gdyby zrezygnowała z tych fundamentalnych zasad życiowych.
Nadzieja i żelazna wola, dające jej zarazem powody do ogromnej dumy i niezgłębionej melancholii - u niej jedno było niemal zawsze nieodłącznie związane z drugim - w młodości stanowiły chyba jej jedyny sposób na przeżycie. 'Jak spadać, to z wysokiego konia, a mój był nieosiodłany' - zapisała w dzienniku. Opowiadała mi nieraz, że tylko nadzieja i silna wola pozwoliły jej przetrwać naznaczone samotnością dzieciństwo i że dzięki nim zdołała się wyrwać z prowincjonalnej Arizony, wyjechać do Chicago, na jeden z najlepszych uniwersytetów w kraju, gdzie jako siedemnastolatka, po trwającej odrobinę dłużej niż tydzień znajomości, wyszła za mąż za mojego ojca. Po siedmiu latach ta sama nieugięta wiara w to, że wbrew przeszkodom potrafi przebudować swoje życie - a w zasadzie nie tyle je przebudować, ile stworzyć od nowa, po raz drugi, potem trzeci i czwarty, zawsze w lepszym wydaniu - dała jej siłę, by zerwać małżeństwo.
Do Berkeley, Chicago, Cambridge pod Bostonem, Oksfordu, Paryża, a w końcu do Nowego Jorku - wszędzie wiodła ją nadzieja (opowiadała, że we wszystkich tych miastach mieszkała w marzeniach już jako nastolatka dorastająca wśród wyschniętych strumieni Tucson w Arizonie). Zawsze wierzyła w nowy początek, w inaugurację. Po przyjeździe do Nowego Jorku odnotowała w dzienniku: 'Czuję, że moje nieudane małżeństwo ulotniło się jak dym i już go nie ma. Nieszczęśliwe dzieciństwo też zniknęło niepostrzeżenie, jakby za sprawą czarów'.
U kogoś, kto jak matka kochał przeszłość, czy też, ściślej rzecz biorąc, komu tak bliskie były wielkie dzieła przeszłości oraz ich twórcy - ona w pewnym sensie nie tylko się nimi zachwycała, lecz wręcz z nimi utożsamiała - zadziwia brak skłonności do nostalgii. W życiu dręczyły ją przede wszystkim dwie sprawy: żałowała, że w minionych latach nie udało się jej osiągnąć więcej oraz że nie potrafiła czerpać szczęścia z teraźniejszości, gdyż, jak twierdziła, życie osobiste było dla niej źródłem przygnębienia i rozczarowań. Nie miała wielkich nadziei, że świat zmieni się na lepsze pod względem politycznym, i coraz bardziej zaprzątały ją problemy ekologiczne. Uważała, że w tych dziedzinach sytuacja będzie się tylko pogarszać. Lecz w swych prognozach kierowała się rozumem, nie intuicją. Mawiamy, że 'pesymizm wiąże się z inteligencją, optymizm z wolą'. Prosta prawda sprowadza się do tego, że matka nigdy nie umiała nasycić się życiem. Po prostu upajała się byciem. Nie znam nikogo, kto kochałby życie w sposób tak jednoznaczny, bez żadnych zastrzeżeń, i jestem niemal pewien, że gdyby dożyła nie siedemdziesiątki, lecz setki, jak marzyła w ostatnich latach, nic poza osłabieniem sprawności umysłowej nie ułatwiałoby jej pogodzenia się z koniecznością nieuchronnego odejścia. Sekundowała wielkiemu peruwiańskiemu poecie Césarowi Vallejo, który napisał:
Chciałbym żyć zawsze, nawet rozpłaszczony na brzuchu,
Bo jak mówiłem i jak mówię dzisiaj,
Tak wiele życia i nigdy! I tyle, tyle lat,
I zawsze, zawsze i zawsze,
zawsze zawsze!
Matka wiedziała oczywiście, że umrze. Nie miała złudzeń, nie żyła w świecie 'Gwiezdnych wojen'. Lecz na niej, podobnie jak na innych chorych oraz ich najbliższych, swoje piętno odcisnął pewien problem czasów współczesnych. Bo nie umiera się tak po prostu, jak to pięknie ujęła Simone de Beauvoir, 'od urodzenia ani od życia, ani też ze starości. Umieramy na coś'. Lecz zamiast umrzeć na coś konkretnego, na raka, który wziął ją na muszkę, gdy ledwie przekroczyła czterdziestkę, matka przeżyła nie raz, lecz dwa razy. Z perspektywy ściśle naukowej przypadek leczonego chemią raka piersi z przerzutami do węzłów chłonnych, który wraca po dziesięciu czy dwudziestu latach albo jeszcze później, nie powinien dziwić. Tymczasem z czysto ludzkiego punktu widzenia ktoś, kto miał umrzeć na raka, lecz wbrew prognozom go przezwyciężył i żył w zdrowiu jeszcze przez długie lata, nie będzie sobie raczej powtarzał, że skoro nie było remisji w ciągu pięciu lat, to z równym prawdopodobieństwem nawrót choroby może nastąpić za lat dwadzieścia. Byłoby to nierealistyczne, oznaczało nie tylko porzucenie nadziei, lecz także zanegowanie doświadczenia. Przyjmuje się bowiem powszechnie, choć nie jest to uzasadnione naukowo, że pięć lat jest 'granicą', więc po jej przekroczeniu chorzy na nowotwory zaczynają wierzyć w szansę trwałego wyleczenia.
Gdy matka zachorowała, od dawna żyła w głębokim przeświadczeniu, że pod każdym względem jest kimś wyjątkowym. W odczuciu tym bynajmniej nie była odosobniona. W pewnym sensie są o tym bowiem przekonani wszyscy nowocześnie myślący ludzie, o ile w młodości los nie doświadczył ich zbyt ciężko, a szczęście sprzyjało im na tyle, że tragedie przychodziły stosunkowo późno. Bez tego poczucia (niezależnie od tego, co podpowiada im rozum) byliby zmuszeni kwestionować najważniejszy przekaz współczesnej kultury, ten wszechobecny, występujący od reklamy po politykę komunikat, w którym zaimki 'ja' i 'ty' odmieniane są przez wszystkie przypadki, a kłamstwo goni kłamstwo: 'Ten produkt przeznaczony jest wyłącznie dla ciebie', 'Głosuj na mnie, a zrobię wszystko, na czym ci zależy', 'Mogę być tym, kim zechcę, wszystko jest w moich rękach', 'Cały świat należy do mnie'. Matka, choć nie miała telewizora, nie była na ten przekaz moralnie i kulturowo 'zaimpregnowana'. Dostrzeżenie, że coś jest iluzją, nie oznacza, że automatycznie się z niej wyzwalamy, matka zaś z upodobaniem cytowała angielskiego pisarza Johna Bergera, który powiedział, że współczesne społeczeństwo w mniejszym stopniu pobudza nas do gonitwy za wyjątkowością, czy też uznaniem się za kogoś wyjątkowego (to jest przywara artystów), a w większym utwierdza nas w przekonaniu, że dostaliśmy dyspensę od bólu, choroby, a nawet śmierci.
Czy matka zdawała sobie sprawę z tego, że sama głęboko przesiąkła myśleniem życzeniowym? Nie jestem pewien, czy była tego świadoma, zanim po raz pierwszy zachorowała na raka, lecz później, mimo że udało się jej przeżyć wbrew fatalnym rokowaniom, o czym mówiła rzadko i w sposób zawoalowany, wiedziała o tym, jak sądzę, znakomicie. Obsesyjny stosunek do czasu, narastająca niecierpliwość i potrzeba odmiany - 'kiedy nie mogę pisać, nieustannie czytam' i 'ciągnę sto srok za ogon', jak notuje w dzienniku - wszystko to świadczy o jej pragnieniu wyrwania się z nicości. Więc nawet jeśli utraciła wiarę w uwolnienie od cierpień fizycznych, to zarazem umocniła się w przekonaniu o swojej wyjątkowości. Wychodząc z tego założenia, gotowa była podjąć grę, w której stawką było jej własne życie, jak wtedy gdy mimo niepokojących objawów wskazujących na raka macicy zwlekała ze zwróceniem się do lekarzy i żeby dokończyć powieść 'W Ameryce', odroczyła leczenie.
Absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że jej nadziejom przyświecał sentymentalizm rodem z 'Przeminęło z wiatrem' lub maksyma 'jutro będzie nowy dzień'. Była jak najdalsza od takiego spojrzenia na świat. Poddanie się leczeniu i walka z rakiem piersi były dla niej studium cierpienia. Wiedziała, co ją czeka po powrocie do domu, przeszła operację i rozpoczęła chemioterapię. Choć bywało, że zachowywała się jak gwiazda, a zwykłe sprawy wyprowadzały ją z równowagi, ból znosiła ze stoickim spokojem. Nie oznacza to jednak, że utraciła nadzieję na ponowne odroczenie śmierci i uwierzyła, że skoro ma umrzeć, umrze teraz i właśnie na to. Dlatego z chwilą, gdy wykryto u niej MDS, uznałem, że muszę jej pomóc odzyskać wiarę w to, że tak jak kiedyś, tak i tym razem przeżyje i że jej czas nie dobiega jeszcze kresu.
Choć twierdziła, że świat jest kostnicą, nie umiała się nim znużyć. Uważała się za nieszczęśliwą, ale chciała żyć jak najdłużej. Wciąż prześladuje mnie myśl o jej przygnębieniu, mimo że do nachodzących mnie okresowo wyrzutów sumienia zdążyłem już przywyknąć. Zdaniem Czesława Miłosza pamięć o ranach jest być może jedyną prawdziwą pamięcią. Czy to możliwe, że najgłębszym uczuciem, jakie żywimy wobec naszych nieżyjących bliskich, jest poczucie winy? Mam nadzieję, że nie. Ale jestem niemal pewien, że do najgłębszych należy. Czuję się winny, więc jestem? Może byłoby to dobre motto dla odwiedzających groby.
Źródło: Wysokie Obcasy