http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pięć cudów, czyli co się udało dzięki kryzysowi

Maciej Samcik
2009-09-14, ostatnia aktualizacja 2009-09-18 08:38

10.10.2008 Jeden z najczarniejszych dni na warszawskiej giełdzie od ponad dekady - indeks WIG20 w trakcie sesji spadał nawet o 13,5 proc.
10.10.2008 Jeden z najczarniejszych dni na warszawskiej giełdzie od ponad dekady - indeks WIG20 w trakcie sesji spadał nawet o 13,5 proc.

Jasne, że wolelibyśmy, by tego kryzysu w ogóle nie było. Kilkaset tysięcy nowych bezrobotnych, wielomiliardowy wzrost dziury w budżecie państwa, zahamowany rozwój gospodarki. Ale ten trudny czas przyniósł nam też nowe doświadczenia.

Maciej Samcik
Fot. Marcin Klaban / AG
Maciej Samcik
14.09.2008 Upadek Lehman Brothers, legendarnego banku z Wall Street. Prezes Lehmana Richard Fuld mawiał, że nigdy w życiu nie sprzeda swojego banku. I się nie pomylił - bank zbankrutował. Lehman i Merrill Lynch wywołują załamanie cen akcji na światowych giełdach. Czy sytuacja wkrótce się powtórzy? Dziś Citibank ogłosił, że jego zysk spadł o 32 proc.
14.09.2008 Upadek Lehman Brothers, legendarnego banku z Wall Street. Prezes...
17.09.2008 Nacjonalizacja za 85 mld dol. największej firmy ubezpieczeniowej świata - AIG
17.09.2008 Nacjonalizacja za 85 mld dol. największej firmy ubezpieczeniowej...
19.09.2008 Biały Dom ogłasza plan ratowania systemu finansowego autorstwa sekretarza skarbu Henry'ego Paulsona. 700 mld dol. ma być przeznaczone na wykup tzw. toksycznych aktywów.
19.09.2008 Biały Dom ogłasza plan ratowania systemu finansowego autorstwa...

Czekamy na Wasze listy. Napisz: pytanie o kryzys@gazeta.pl



Na studiach menedżerskich wykładowcy powtarzają do znudzenia, że stal najlepiej hartuje się w złych czasach. To, czego nauczymy się podczas tego kryzysu, zaprocentuje w przyszłości. Tak jak teraz procentuje doświadczenie, które zdobyliśmy w czasie kryzysów rosyjskiego i azjatyckiego z początku dekady. Polscy przedsiębiorcy znieśli je ciężko. Mnóstwo firm zbankrutowało, banki miały po 20 proc. niespłaconych kredytów, a bezrobocie rosło lawinowo.

Dzięki odebranej wówczas lekcji dziś, kiedy bankrutują całe państwa, upadają najpotężniejsze korporacje, nasze polskie firmy, banki i konsumenci - przynajmniej na razie - dobrze zdają test z największego od 80 lat światowego kryzysu.

A co nas przez ten ostatni, kryzysowy rok najbardziej zaskoczyło, zadziwiło? Dziś przedstawiamy listę pięciu cudów tego kryzysu.

1. Banki się chwieją? Nie u nas!

Teraz już mało kto to pamięta, ale niespełna rok temu, w połowie października 2008 r., wiele osób naprawdę bało się o swoje oszczędności. Niemal każdego dnia z ekranów telewizorów i czołówek gazet straszyły nas wiadomości o miliardach pompowanych do kas banków, by te nie upadły. Nie wiadomo, jaki byłby los amerykańskich AIG i Citigroup, holenderskiego ING, belgijskiego Fortisu, irlandzkiego AIB, niemieckiego Commerzbanku, gdyby nie rządowe pieniądze. A przecież każdy z tych banków ma w Polsce swoją spółkę-córkę!

Na Islandii z dnia na dzień zamknięto pięć największych banków. Ludzie nie mogli z nich wyjąć swoich pieniędzy. Brytyjczycy, którzy oszczędzali w islandzkich bankach, do dziś nie odzyskali swoich pieniędzy. Na Ukrainie przez długie miesiące obowiązywały ograniczenia w wypłacaniu pieniędzy z bankomatów!

W Polsce ani przez moment los żadnego banku nie był zagrożony. Nie inwestowały w papiery dłużne oparte o amerykański rynek nieruchomości, nie miały w portfelach zbyt wielu złych kredytów. Przez moment wydawało się, że bankowców pogrążą opcje walutowe, które wciskali wcześniej przedsiębiorcom, ale z odsieczą przyszedł wzrost kursu złotego, który zredukował opcyjne długi firm wobec banków. Ich zyski spadły o połowę, ale żaden nie otarł się nawet o brak płynności finansowej.

A przecież w październiku zeszłego roku klienci banków nie czuli się bezpiecznie. Jedni w pośpiechu przelewali pieniądze do PKO BP (bo przecież państwowy bank nie zbankrutuje), inni dzielili swoje lokaty pomiędzy kilka banków. A do redakcji "Gazety Wyborczej" niemal codziennie - teraz możemy to już powiedzieć - docierały plotki, że któryś bank lada moment ogłosi upadłość. Pewnego dnia dowiedzieliśmy się nawet, że w Poznaniu krąży plotka, iż do bankructwa szykuje się Bank Pekao, drugi największy w Polsce.

2. Firmy dają radę, nawet bez kredytów

Na przełomie 2008 i 2009 r. rynek pożyczek międzybankowych był niemal zablokowany. Banki nie chciały sobie pożyczać nawzajem pieniędzy nawet na tydzień. Nie ufały sobie i nie ufały klientom. Jeśli pożyczały pieniądze, to tylko klientom indywidualnym - niewielkie kwoty, i to na wysoki procent. Ekonomiści ostrzegali, że blokada kredytowa może przynieść dramatyczne skutki - firmy zatrzymają inwestycje, zaczną masowo zwalniać ludzi.

Blokada kredytów dla firm trwała przez całą wiosnę i lato, nawet teraz część bankowców niechętnie udziela kredytów pod inwestycje, a nawet zwykłych kredytów obrotowych. Ale wygląda na to, że przedsiębiorcy tę suszę przetrwają. To zasługa ich dalekowzroczności. W dobrych czasach nie przeinwestowali, nie wzięli sobie na plecy zbyt wielu kredytów, które teraz - przy spadku popytu - trudno byłoby im spłacić. Owszem, zmniejszyli też inwestycje, ale te, które nadal prowadzą, finansują własnymi pieniędzmi. Bo w dobrych czasach zgromadzili na depozytach 150 mld zł.

3. 10 proc. rocznie bez ryzyka

Czy jeszcze dwa lata temu ktoś by pomyślał, że na zwykłej lokacie bankowej będzie można zarobić 10 proc. w skali roku? Owszem, pamiętamy takie odsetki, ale w czasach wysokiej inflacji. Odkąd roczny wzrost cen nie przekracza 2-4 proc., dochód z bankowych lokat był nędzny, często po uwzględnieniu podatku Belki - nawet niższy od inflacji.

Jesienią zeszłego roku wielu oszczędzających przecierało oczy ze zdumienia. Kiedy padła bariera 7 proc. na lokacie rocznej, eksperci zgodnym chórem orzekli: lepiej już nie będzie. Potem banki zaczęły płacić 8 proc., a w grudniu pojawiło się kilka lokat z oprocentowaniem - trudno uwierzyć - 10 proc. w skali roku!

Bankowcy wówczas o mało nie rzucili się sobie do gardeł. Wściekły Sławomir Sikora, prezes banku Citi Handlowy, domagał się wprowadzenia administracyjnych ograniczeń w oprocentowaniu lokat, bo jego zdaniem niektóre banki prowadziły politykę dumpingową (czyli płaciły za lokaty więcej, niż zarabiały na kredytach).

Psychozie ulegli nawet szefowie największego banku w Polsce - PKO BP. Kiedy nawet on włączył się w wojnę depozytową, innym też puściły hamulce. To właśnie w tym momencie oprocentowanie sięgnęło 10 proc.

Ten samobójczy wyścig bankowców wynikał z blokady rynku pożyczek międzybankowych. Bankowcy wiedzieli, że jeśli w którymś momencie zabraknie im pieniędzy, żaden konkurent nie pomoże. Jedynym ratunkiem były pieniądze ludzi. Ale tych też w kryzysowych czasach nie ma zbyt wiele, więc banki zaczęły sobie podbierać depozyty, podbijając oprocentowanie. Te banki, z których pieniądze uciekały do konkurencji, w panice podbijały stawki. I spirala się nakręcała.

Takiej walki o nasze pieniądze chyba w historii polskich banków nie było. I może już nie będzie. Teraz wojna depozytowa nieco zelżała, bo odblokował się rynek pożyczek międzybankowych i banki mają alternatywę w pozyskiwaniu pieniędzy pod kredyty.

4. Koniec bajki o franku szwajcarskim

Gdyby ktoś powiedział mi rok temu, że w ciągu kilku miesięcy kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich niemal znikną z rynku, zostałby wyśmiany. W pierwszej połowie 2008 r. aż dwie trzecie nowych kredytów hipotecznych to były kredyty frankowe. Banki i ich klienci jechali na tym samym wózku - niższe oprocentowanie kredytu i mocny złoty były pokusami nie do odparcia.

W czasie kryzysu finansowego wszystko się odwróciło. Kurs franka szwajcarskiego poszybował w górę z 2 zł do 3,2 zł, a wraz z nim wyrażone w złotych raty kredytów frankowych. Jednocześnie bankom nagle zaczęło brakować franków, które muszą gromadzić "pod" wypłacone kredyty. Okazało się, że nikt nie chce bankom tych franków pożyczyć, a jeśli już, to na wysoki procent.

Banki, chcąc nie chcąc, musiały kupować franki, płacąc po 2-3 proc. powyżej wskaźnika LIBOR. Tymczasem część klientów spłacała raty według oprocentowania z dobrych czasów - LIBOR plus 1-1,5 proc. Bankowcy ze zgrozą policzyli, że tracą na tym grube miliony. Jedni zaczęli szukać ratunku w renegocjowaniu z klientami umów, np. namawiając klientów, by zgodzili się na wyższe marże. Inni namawiali klientów do przewalutowania kredytu na złote. A wszyscy zaczęli szukać pieniędzy w kieszeniach klientów, podwyższając prowizje za konta osobiste, karty, kredyty gotówkowe.

Frankowa czkawka trwa do dziś. Takie kredyty ma w ofercie tylko kilka banków i udzielają ich bardzo ostrożnie. Dziś prawie wszystkie nowe kredyty są przez banki udzielanie w złotych. Nadzór bankowy przez bite cztery lata bezskutecznie walczył, by banki nie udzielały zbyt wielu kredytów w obcej walucie. Kryzys załatwił problem w trzy miesiące.

5. Razem raźniej, czyli co może konsument w banku

Tego jeszcze w historii wolnej Polski nie było. Nie wiadomo, czy bankowcy przesadzili z lekceważeniem klientów, czy to klienci w kryzysie stali się bardziej wrażliwi na punkcie swoich pieniędzy. W każdym razie posiadacze kont i kredytów po raz pierwszy zaczęli się łączyć, by wspólnie walczyć o swoje prawa.

Najgłośniejszym konfliktem jest sprawa klientów BRE Banku, którzy na początku roku zaprotestowali przeciwko zbyt małym obniżkom oprocentowania swoich kredytów. Klienci skrzyknęli się najpierw na stronie internetowej mStop, potem założyli forum Nabiciwbrebank.pl, na którym zarejestrowało się 5 tys. osób. Wspólnie negocjują z BRE Bankiem, prowadzą akcje billboardowe, oklejają samochody hasłami "antybankowymi". Swoją sprawą zainteresowali Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów i Komisję Nadzoru Finansowego?

Głośny stał się też protest osób spłacających kredyty we frankach szwajcarskich. Ponieważ banki w kryzysie podwyższyły widełki kursowe, klienci chcieli sami kupować tańsze franki w kantorach i przynosić je do banku, omijając niekorzystne kursy bankowe. Powstała akcja KupFranki.pl, potem fundacja o tej samej nazwie. Dziś z jej pomocą tańsze franki kupuje kilkanaście tysięcy rodzin.

Swoją dużą cegiełkę dołożyliśmy do tej akcji również my, dziennikarze "Gazety Wyborczej". Od początku roku przez kilka miesięcy prowadziliśmy akcję "Banki nabierają nas na widełki". Piętnowaliśmy banki stosujące najszersze widełki i namawialiśmy nadzór bankowy, by zażądał od banków likwidacji ograniczeń w spłacaniu rat bezpośrednio we frankach. Udało się, od lipca obowiązuje regulacja nadzoru, która zobowiązuje banki, by przyjmowały raty kredytów bezpośrednio w walucie. Pojawiły się też pierwsze banki, które obniżyły widełki.

Przed kryzysem klienci banków nie mieli zielonego pojęcia, że mogą wspólnie walczyć o swoje prawa. Banki mogły czuć się zupełnie bezkarne w podwyższaniu opłat i prowizji. Dziś już nie mogą. To także nauka wynikająca z kryzysu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 12 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów

Koalicja bogatych Niemców

Bawaria, Hesja i Badenia-Wirtembergia nie chcą dłużej akceptować tego, że zadłużone landy ciągle siedzą w ich kieszeni

Jak PO rozdaje posady

PO obiecywała zmniejszyć administrację, a gabinety polityczne ministrów wciąż są liczne. W samorządach mają się dobrze, mimo że Platforma miała je zlikwidować. Po co nam armia asystentów?