Czekamy na Wasze listy. Napisz: pytanie o kryzys@gazeta.pl
>
Na studiach menedżerskich wykładowcy powtarzają do znudzenia, że stal najlepiej hartuje się w złych czasach. To, czego nauczymy się podczas tego kryzysu, zaprocentuje w przyszłości. Tak jak teraz procentuje doświadczenie, które zdobyliśmy w czasie kryzysów rosyjskiego i azjatyckiego z początku dekady. Polscy przedsiębiorcy znieśli je ciężko. Mnóstwo firm zbankrutowało, banki miały po 20 proc. niespłaconych kredytów, a bezrobocie rosło lawinowo.
Dzięki odebranej wówczas lekcji dziś, kiedy bankrutują całe państwa, upadają najpotężniejsze korporacje, nasze polskie firmy, banki i konsumenci - przynajmniej na razie - dobrze zdają test z największego od 80 lat światowego kryzysu.
A co nas przez ten ostatni, kryzysowy rok najbardziej zaskoczyło, zadziwiło? Dziś przedstawiamy listę pięciu cudów tego kryzysu.
1. Banki się chwieją? Nie u nas!Teraz już mało kto to pamięta, ale niespełna rok temu, w połowie października 2008 r., wiele osób naprawdę bało się o swoje oszczędności. Niemal każdego dnia z ekranów telewizorów i czołówek gazet straszyły nas wiadomości o miliardach pompowanych do kas banków, by te nie upadły. Nie wiadomo, jaki byłby los amerykańskich AIG i Citigroup, holenderskiego ING, belgijskiego Fortisu, irlandzkiego AIB, niemieckiego Commerzbanku, gdyby nie rządowe pieniądze. A przecież każdy z tych banków ma w Polsce swoją spółkę-córkę!
Na Islandii z dnia na dzień zamknięto pięć największych banków. Ludzie nie mogli z nich wyjąć swoich pieniędzy. Brytyjczycy, którzy oszczędzali w islandzkich bankach, do dziś nie odzyskali swoich pieniędzy. Na Ukrainie przez długie miesiące obowiązywały ograniczenia w wypłacaniu pieniędzy z bankomatów!
W Polsce ani przez moment los żadnego banku nie był zagrożony. Nie inwestowały w papiery dłużne oparte o amerykański rynek nieruchomości, nie miały w portfelach zbyt wielu złych kredytów. Przez moment wydawało się, że bankowców pogrążą opcje walutowe, które wciskali wcześniej przedsiębiorcom, ale z odsieczą przyszedł wzrost kursu złotego, który zredukował opcyjne długi firm wobec banków. Ich zyski spadły o połowę, ale żaden nie otarł się nawet o brak płynności finansowej.
A przecież w październiku zeszłego roku klienci banków nie czuli się bezpiecznie. Jedni w pośpiechu przelewali pieniądze do PKO BP (bo przecież państwowy bank nie zbankrutuje), inni dzielili swoje lokaty pomiędzy kilka banków. A do redakcji "Gazety Wyborczej" niemal codziennie - teraz możemy to już powiedzieć - docierały plotki, że któryś bank lada moment ogłosi upadłość. Pewnego dnia dowiedzieliśmy się nawet, że w Poznaniu krąży plotka, iż do bankructwa szykuje się Bank Pekao, drugi największy w Polsce.
2. Firmy dają radę, nawet bez kredytów Na przełomie 2008 i 2009 r. rynek pożyczek międzybankowych był niemal zablokowany. Banki nie chciały sobie pożyczać nawzajem pieniędzy nawet na tydzień. Nie ufały sobie i nie ufały klientom. Jeśli pożyczały pieniądze, to tylko klientom indywidualnym - niewielkie kwoty, i to na wysoki procent. Ekonomiści ostrzegali, że blokada kredytowa może przynieść dramatyczne skutki - firmy zatrzymają inwestycje, zaczną masowo zwalniać ludzi.
Blokada kredytów dla firm trwała przez całą wiosnę i lato, nawet teraz część bankowców niechętnie udziela kredytów pod inwestycje, a nawet zwykłych kredytów obrotowych. Ale wygląda na to, że przedsiębiorcy tę suszę przetrwają. To zasługa ich dalekowzroczności. W dobrych czasach nie przeinwestowali, nie wzięli sobie na plecy zbyt wielu kredytów, które teraz - przy spadku popytu - trudno byłoby im spłacić. Owszem, zmniejszyli też inwestycje, ale te, które nadal prowadzą, finansują własnymi pieniędzmi. Bo w dobrych czasach zgromadzili na depozytach 150 mld zł.
3. 10 proc. rocznie bez ryzykaCzy jeszcze dwa lata temu ktoś by pomyślał, że na zwykłej lokacie bankowej będzie można zarobić 10 proc. w skali roku? Owszem, pamiętamy takie odsetki, ale w czasach wysokiej inflacji. Odkąd roczny wzrost cen nie przekracza 2-4 proc., dochód z bankowych lokat był nędzny, często po uwzględnieniu podatku Belki - nawet niższy od inflacji.
Jesienią zeszłego roku wielu oszczędzających przecierało oczy ze zdumienia. Kiedy padła bariera 7 proc. na lokacie rocznej, eksperci zgodnym chórem orzekli: lepiej już nie będzie. Potem banki zaczęły płacić 8 proc., a w grudniu pojawiło się kilka lokat z oprocentowaniem - trudno uwierzyć - 10 proc. w skali roku!
Bankowcy wówczas o mało nie rzucili się sobie do gardeł. Wściekły Sławomir Sikora, prezes banku Citi Handlowy, domagał się wprowadzenia administracyjnych ograniczeń w oprocentowaniu lokat, bo jego zdaniem niektóre banki prowadziły politykę dumpingową (czyli płaciły za lokaty więcej, niż zarabiały na kredytach).
Psychozie ulegli nawet szefowie największego banku w Polsce - PKO BP. Kiedy nawet on włączył się w wojnę depozytową, innym też puściły hamulce. To właśnie w tym momencie oprocentowanie sięgnęło 10 proc.
Ten samobójczy wyścig bankowców wynikał z blokady rynku pożyczek międzybankowych. Bankowcy wiedzieli, że jeśli w którymś momencie zabraknie im pieniędzy, żaden konkurent nie pomoże. Jedynym ratunkiem były pieniądze ludzi. Ale tych też w kryzysowych czasach nie ma zbyt wiele, więc banki zaczęły sobie podbierać depozyty, podbijając oprocentowanie. Te banki, z których pieniądze uciekały do konkurencji, w panice podbijały stawki. I spirala się nakręcała.
Takiej walki o nasze pieniądze chyba w historii polskich banków nie było. I może już nie będzie. Teraz wojna depozytowa nieco zelżała, bo odblokował się rynek pożyczek międzybankowych i banki mają alternatywę w pozyskiwaniu pieniędzy pod kredyty.