Nienawidziłem generała Jaruzelskiego. Nie jest to uczucie piękne, ale było prawdziwe. Miałem 18 lat, gdy WRON-a wprowadziła stan wojenny. Świat zawalił mi się na głowę. Lata 80., na które przypadła młodość mojej solidarnościowej generacji, uważam za w jakimś sensie stracone, utopione w szarzyźnie, urzędowej obłudzie i beznadziei.

Konspiracje, akcje, rewizje, więzienie - wspominam to dziś mimo wszystko z łezką w oku. Ale wiem, że wielu Polaków wspomina ten czas z prawdziwymi łzami. Wdowy z Wujka, "chłopcy od Piasta". Jaruzelski złamał wielu ludziom życie, odebrał bliskich, którzy zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, znaleźli się w więzieniach albo wyemigrowali. Zdławił nadzieję.

Naczytawszy się romantycznej literatury, myślałem jak Kordian, że trzeba go zadźgać jak cara, udusić i "krtań w ostatni skręcić krwiak" - jak pisał Jacek Kaczmarski. Gdybym miał okazję, byłbym pewnie spróbował...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.