Od hitlerowskich igrzysk w 1936 r. w Berlinie ogień z greckiej Olimpii wędruje po świecie przed olimpiadą, nim dotrze na uroczystość otwarcia. Chińczycy próbują to robić z wyjątkową pompą, ale już w niedzielę londyńczycy zepsuli im fetę. W Paryżu było dużo gorzej.
Sztafeta ruszyła o 12.30 spod wieży Eiffla kilka minut przed czasem. Chodziło o zmylenie protestujących, którzy zbierali się przy pałacu Trocadéro na Dziedzińcu Praw Człowieka.
Miała biec 28 km - Polami Elizejskimi do Łuku Triumfalnego, dalej do merostwa na wyspie Cité, k. Zgromadzenia Narodowego, by po kilku godzinach dotrzeć na stadion w Charlety na południu miasta.
Jako pierwszy niósł ogień sprinter Stephane Diagana. Przypiął plakietkę "O lepszy świat", takie same będą nosić w Pekinie francuscy olimpijczycy.
Na widok sztafety - oficjalnie zwanej "Podróżą harmonii" - demonstranci krzyknęli: "Wolność dla Chin i Tybetu!". Poleciały flagi z kołami olimpijskimi z kajdanków, które wymyśliła organizacja Reporterzy bez Granic.
Bieg przerwano już po 200 m, bo ludzie przedarli się przez potrójny kordon sił porządkowych. Ktoś krzyczał: „ »Nie « dla igrzysk w największym więzieniu świata!”.
Chwilę później demonstranci położyli się na jezdni, blokując trasę. Organizatorzy wpadli na fortel - wsadzili pochodnię olimpijską do autokaru, który uciekł manifestantom. Sztafetę wznowiono kilka ulic dalej.
Chaos narastał. Bieg przerywano jeszcze trzykrotnie, a sztafeta uciekała do autobusu cztery razy. Według dziennikarzy za każdym razem ogień był gaszony. Prefektura podała, że tylko raz.
Policja spychała z jezdni protestujących Tybetańczyków i Francuzów, ale szybko stało się jasne, że to demonstranci kontrolują sytuację. Na budynku merostwa i Zgromadzenia Narodowego oraz na katedrze Notre Dame zawisły transparenty z kajdankami olimpijskimi. Socjalistyczny mer Paryża Bernard Delanoe odwołał powitanie sztafety.
Po trzech godzinach szarpaniny ambasada Chin poprosiła o skrócenie trasy. Sztafeta ominęła wyspę Cité i Dzielnicę Łacińską, kierując się do Zgromadzenia Narodowego. Ale tam czekało czterdziestu deputowanych z "Marsylianką" i okrzykami: "Wolność dla Tybetu!".
O 17.17 świat usłyszał, że na prośbę Chin sztafeta zostaje przerwana. Uczestnicy wsiedli do autobusu i pojechali do Charlety. Tam zapalili olimpijski ogień dla Paryża.
Chińska telewizja podawała tylko, że sztafeta trwa. Dała za to relację z niedzielnych protestów w Londynie, okraszając je rozmowami z londyńczykami, którzy jak jeden mąż krytykowali "wykorzystywanie igrzysk do celów politycznych".
- Protesty to obrzydliwa forma sabotażu tybetańskich separatystów - mówił wczoraj w Pekinie rzecznik Komitetu Organizacyjnego Igrzysk Sun Weide.
Teraz ogień leci do San Francisco, miasta znanego z walki o prawa człowieka.
Źródło: Gazeta Wyborcza