Joanna Derkaczew: Koniec Odysei dyrektorskich
Polski teatr uwierzył w swoją polityczną moc. Widział się wśród bojowników o wolność słowa, wśród uzdrowicieli dyskursu publicznego i wśród ojców klęski wyborczej PiS. Tymczasem wydarzenia mijającego roku pokazują, że wobec prawdziwej polityki pozostał on całkowicie bezbronny. Z tylnych siedzeń kierowali nim swobodnie radni, wojewodowie, dyrektorzy departamentów kultury. Urzędnicy, których na widowni raczej nie uświadczysz, decydowali o zmianach obsadowych na stanowiskach dyrektorskich. Słali pisma z sugestiami zmiany repertuaru i przestrzegania poprawności obyczajowej: "Nie za ostro!", "Dość awanturniczo-buntowniczego repertuaru!", "Nie wystraszcie widzów oczekujących lekkiej rozrywki!", "Nie straćcie przychodów z wycieczek szkolnych!". Decyzje personalne podejmowali często w środku sezonu, tak by nowi kandydaci nie mieli najmniejszych szans na świadome przygotowanie dalszej pracy teatru (pozostawali ze zobowiązaniami podjętymi przez poprzedniego dyrektora, własne pomysły musieli odwlekać, bo większość ciekawszych reżyserów odmawiała z powodu pozajmowanych terminów). A gdy po kilku miesiącach zaczynali się wreszcie orientować w strukturze, stanie i możliwościach swojej instytucji, wylatywali. Dlaczego? Bo nie zdążyli przygotować spektakli przełomowych, nie odkryli nowych Kantorów, Dejmków czy Swinarskich, nie wygrali prestiżowych festiwali. To, że często musieli poświęcić sezon na odbudowanie zespołu i skompletowanie parku maszynowego, nikogo już nie interesowało.
Teatralna dyrektoriada najmocniej zatrzęsła Warszawą, gdzie zmienili się dyrektorzy czterech instytucji. Najgłośniejsza była zmiana w Teatrze Powszechnym (Jan Buchwald za Remigiusza Brzyka - powodem odwołania młodego reżysera po ośmiu miesiącach okazał się głupawy świstek wyniesiony z gabinetu kierownika literackiego). Na Dolnym Śląsku, w zagłębiu najciekawszych inicjatyw teatralnych, przez kilka tygodni huczało od kontrowersji wokół dyrektora Teatru Polskiego Krzysztofa Mieszkowskiego. Ma długi czy nie ma? Uratował zespół czy doprowadził do ponadplanowego zatrudnienia? Dał osiem premier niezłych i dobrych czy prowadzi teatr ku upadkowi? Kiepsko zorientowani w spektaklach urzędnicy wiedzieli swoje. Nie obyło się bez ulicznych demonstracji widzów przerażonych niefrasobliwością władz. Radni - "znawcy sztuki" - wielokrotnie dawali się też we znaki dyrektorom w Wałbrzychu i Jeleniej Górze.
Na nadchodzący rok można więc tylko życzyć sobie urzędników, którzy zanim zaczną wtrącać się do repertuaru i strącać kolejne głowy, zorientują się, czy nie niszczą właśnie czegoś bezcennego. Urzędników, którzy nie będą oczekiwać od instytucji kultury zysków na poziomie spółek akcyjnych. Których jedyną receptą na "poprawę" sytuacji nie będzie odwołanie dyrektora. Którzy zdobędą kwalifikacje menedżerów kultury i ułatwią artystom zdobywanie funduszy na udział w projektach międzynarodowych. Urzędników partnerów zamiast ślepych nadzorców.
Tadeusz Sobolewski: Czekam na osobiste filmy
Na jaki film polski w roku 2008 czekam najbardziej? Nie na film historyczny o którymś z naszych bohaterów ani na film współczesny na temat z pierwszych stron gazet, na przykład o wojnie w Afganistanie (zresztą, o ile wiem, nikt go nie planuje). Nie czekam na film o czymś - tylko o kimś. Czekam na nieprzewidywalne, na autora, który wciągnie mnie w jakiś świat, tak jak Wojciech Has wciągnął mnie do swego "Wspólnego pokoju". Ten czarny film z 1959 roku nie daje mi spokoju. Wspaniale zainscenizowany i grany, z błyskotliwymi dialogami Dygata, wciąż budzi solidarność widza. Oglądałem go w święta na DVD, w wielopokoleniowej grupie, z równym podziwem dla bezkompromisowości reżysera. Kolekcja Wojciecha Hasa, która wreszcie zaczyna ukazywać się na płytach jest tym, na co - szczerze mówiąc - cieszę się najbardziej: nie będę już musiał ściągać "Rękopisu znalezionego w Saragossie" Hasa przez internet z USA. Nowi polscy autorzy, którym sekunduję - Marek Koterski, Krzysztof Krauze - nie będą mieli filmów w przyszłym roku. Kiedy przegląda się listę przyszłorocznych polskich premier, uderza rynkowa kalkulacja (oby udana!). Polskie kino walczy o publiczność, więc jeden debiutant idzie w "komedię romantyczną", inny w horror, jeszcze inny w komedię o zamianie płci. Szczytowym punktem tej strategii jest zaangażowanie świetnego operatora Wong Kar-waia, Christophera Doyle'a, żeby wyreżyserował w świeży sposób "mroczną Warszawę" jako tło historii gangsterskiej (aluzja do zabójstwa ministra Jacka Dębskiego). Oby nie była to powtórka efektu "Hani" Kamińskiego.
Tak naprawdę liczę jednak na coś innego - na filmy, o których wiem, że wynikły z osobistej potrzeby. Mam pięć typów i chciałbym, żeby one właśnie zgarnęły większość nagród w przyszłorocznej Gdyni lub u Gutka we Wrocławiu.
1) "Nieruchomy poruszyciel" Łukasza Barczyka - tajemniczy film przygotowywany od czterech lat, podobno nieprzypominający ani "Przemian", ani "Patrzę na ciebie, Marysiu". Autorowi udało się nie przemycić do prasy żadnej informacji na jego temat. Taką sytuację lubię najbardziej. Tak właśnie oglądałem w Cannes rewelacyjny film Cristiana Mungiu "4 miesiące..." - nie wiedziałem, o czym jest, nikt mi nie powiedział, że to "film o aborcji". Poszedłem i zachwyciłem się.
2) "Entree" Jacka Bławuta - najbardziej ryzykowny projekt znakomitego dokumentalisty: gwiazdorska obsada - "Faust" wystawiony przez aktorów weteranów.
3) "33 sceny z życia" Małgorzaty Szumowskiej - scenariusz napisany na podstawie własnego dziennika.
4) "Mała Moskwa" Waldemara Krzystka - historia, którą opowiedziała reżyserowi mama, romans polsko-rosyjski w radzieckiej bazie w Legnicy: odczarowanie stereotypu?
5) "Stary człowiek i pies" - pośmiertny film Witolda Leszczyńskiego, dokończony przez przyjaciela - operatora Andrzeja Kostenkę. Filmowe życie po życiu.
Wojciech Orliński: Chcę polskiego Kevina Smitha
Czterdzieści lat temu świat zmieniło pokolenie powojennego wyżu demograficznego. Weszło w dorosłość około roku 1968 i już nic - od polityki po motoryzację - nie było takie jak przedtem. My też mamy nasze pokolenie wyżu demograficznego spłodzonego w czarną noc stanu wojennego. Gdyby odwołać się tylko do kalkulatora i kalendarza, powinno było spowodować u nas jakiś przełom jakieś trzy lata temu. Nie spowodowało - od przedszkola aż po studia przedstawiciele wyżu grzecznie stali w najrozmaitszych kolejkach, a gdy otworzyła się dla nich taka możliwość, wyjechali zmywać naczynia w Irlandii.
W roku 2005 pokolenie to było praktycznie nieobecne w wyborach prezydenckich i parlamentarnych - cała polska polityka rozgrywała się między tymi samymi ludźmi co w roku 1995, po prostu wszystkim jej uczestnikom przybyło lat. Wchodzące wtedy w dorosłość pokolenie wyżu okazało się wielkim nieobecnym w polskim życiu publicznym.
Najważniejszym wydarzeniem mijającego roku był moment, w którym to pokolenie przerwało milczenie. Zmienili Polskę, robiąc to, co potrafią najlepiej - stojąc w kilometrowych kolejkach do punktów głosowania w Dublinie, Londynie i Edynburgu. Dzięki głosom tego pokolenia, polska polityka wreszcie weszła do XXI wieku - dla niego nie mają znaczenia zamierzchłe sprawy z lat 90. (nie mówiąc już o wcześniejszych dekadach).
To pokolenie już nie może być wielkim nieobecnym, nawet gdyby chciało. Po prostu teraz o jego serca walczyć będą media, reklamodawcy, politycy i "spindoktorzy", bo to pokolenie jest teraz wielkim rozgrywającym - od jego decyzji zależeć będą wzloty i upadki partii politycznych, tytułów prasowych czy operatorów komórkowych.
Moje największe marzenie jest takie, że wyż demograficzny zrobi z polskim filmem to samo, co zrobił z polską polityką. Polska kinematografia to tak jak polska polityka - ciągle kilku tych samych panów zamieniających się stołkami. I wciąż robią filmy jak z zeszłego stulecia - jak nie "kino moralnego niepokoju", to "Psy IV". A ja ciągle czekam na polskiego Kevina Smitha, polskiego Larsa von Triera, polskiego Petra Zelenkę. Coś mi mówi, że jak już się go doczekam, będzie miał w dokumentach rok urodzenia 1983...
Anna Cymer: Nie ikony, ale talenty
Mam nadzieję, że w nadchodzącym roku docenimy młodych polskich architektów.
Rok 2007 minął w polskiej architekturze pod znakiem konkursów: na gmach Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, nową siedzibę Muzeum Śląskiego w Katowicach, Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku, Centrum Kongresowego pod Wawelem czy Filharmonii w Szczecinie. We wszystkich brały udział także zagraniczne pracownie. Na zachodzie Europy i w USA najważniejsze reprezentacyjne budynki już dawno powstały; nie bez przyczyny głównymi placami budowy na świecie są dziś Pekin i Dubaj. Polska także stara się przyciągnąć głośne nazwiska, ma na to potencjał - wciąż wiele pozostało do zbudowania, coraz więcej jest też pieniędzy. Nowe wieżowce w Warszawie zbudują Zaha Hadid i Daniel Libeskind. W przyszłym roku na pewno pojawią się kolejne nazwiska ze światowej czołówki (plotkuje się o zaproszeniach dla Tadao Ando i Santiago Calatravy). Dobrze by jednak było przełamać warszawski monopol na głośne projekty - i na to się zanosi. Współpracę z architektoniczną gwiazdą dla Poznania planuje podobno Grażyna Kulczyk.
Znane nazwiska i budynki ikony są świetnym chwytem marketingowym dla inwestorów i miast, ale to nie one decydują o jakości przestrzeni publicznej. Prawdziwym wyzwaniem jest oderwanie się od idei budynków, które mają wstrząsać, na rzecz realizacji niekoniecznie widowiskowych, ale po prostu dobrych. Wcale nie trzeba szukać wśród sław - wystarczy docenić młodych polskich architektów. Robert Konieczny i jego pracownia KWK Promes zbiera na świecie najważniejsze nagrody, a w kraju wciąż buduje tylko domy jednorodzinne (choć każdy jest wybitny).
Dziś kolebką najlepszych młodych architektów jest Śląsk i gliwicki wydział architektury (Konieczny także stamtąd się wywodzi). Może w nowym roku ten potencjał zostanie wreszcie dostrzeżony? Regulaminy największych konkursów blokują dostęp młodym i debiutantom (wymagając np. kilku dużych realizacji na koncie - taki wymóg stawiano m.in. projektantom stołecznego Muzeum Sztuki Nowoczesnej), startuje w nich tylko kilka wciąż tych samych pracowni. W ten sposób nie osiągnie się architektonicznej różnorodności, trudno też o - naturalną przecież - "wymianę pokoleniową". Wielu studentów i absolwentów architektury wyjeżdża na staże za granicę i nie bardzo mają po co tu wracać. W Bazylei, w jednej z najlepszych pracowni na świecie - Herzog & de Meuron - pracuje dziś kilkoro Polaków. Zdobywają tam doświadczenie na najwyższym światowym poziomie, jeśli jednak wrócą do kraju, nadal będą traktowani jak żółtodzioby.
Polska architektura zachłysnęła się wolnością. Buduje się coraz szybciej, coraz wyżej, coraz drożej. Jakość projektu często pozostaje w tyle. Potrzebna jest edukacja, popularyzacja dobrych wzorów oraz docenienie własnych twórców - dopiero wtedy okaże się, że piękne mogą być i betonowy dworzec z lat 70. XX wieku, i współcześnie zbudowane osiedle.
Jacek Hawryluk, Polskie Radio: Zimerman zamiast Rubika
To nie będzie rok zmian, rewolucji, nagłej miłości do muzyki poważnej publiczności oraz "urzędników" i menedżerów kultury. Nic przynajmniej na to nie wskazuje. Pomarzyć jednak można.
Koncerty, spektakle, festiwale - tym na co dzień żyją melomani. Wprawdzie w strefie Schengen nic nie stoi na przeszkodzie, by rozwijać turystykę muzyczną, nie ma jednak powodów, by ci najwięksi nie przyjeżdżali na koncerty do Polski. A więc Krystian Zimerman nie odwołuje kolejnego występu, Simon Rattle przyjeżdża z Szymanowskim, Martha Argerich i Maurizo Pollini odbywają sentymentalne tournée po kraju, w którym przed laty zdobywali pierwsze laury, Wiedeńscy Filharmonicy ogrywają nowy repertuar w polskich filharmoniach. W Warszawie słuchamy tych wszystkich, którzy dzień wcześniej występowali w Berlinie...
W Operze Narodowej Janusz Józefowicz prosi o zdjęcie z afisza swojej inscenizacji "Krakowiaków i górali" Kurpińskiego, bo jak tłumaczy, "nie miał czasu się do nich przyłożyć". Dyrektor Pietkiewicz z entuzjazmem zgadza się. W TWON powstają spektakle na europejskim poziomie, o których się dyskutuje, które inspirują, wzbudzają emocje, a nie tylko zażenowanie.
Festiwale mnożą się jak grzyby po deszczu, artyści mają gdzie grać, organizatorzy nie martwią się o to, czy dostaną na czas wsparcie finansowe urzędników czy sponsorów.
Na polskich płytach dokumentowana jest muzyka polska (w zakończonym Roku Karola Szymanowskiego albumy z jego kompozycjami można policzyć na palcach jednej ręki). Na DVD rejestrowane są najważniejsze wydarzenia koncertowe i operowe. Do Zimermana, Anderszewskiego i Blechacza mających stałe zagraniczne kontrakty płytowe dołącza świeża krew znad Wisły: Aleksandra Kurzak, Jakub Jakowicz, Łukasz Borowicz. Zapracowany Walerij Giergiew rezygnuje z prowadzenia London Symphony Orchestra i przekazuje stery swemu asystentowi Michałowi Dworzyńskiemu. Łukasz Borowicz zostaje dyrektorem Opery Narodowej, zaś Marc Minkowski przenosi siedzibę Muzyków z Luwru do Krakowa, a przy okazji zostaje szefem orkiestry Sinfonia Varsovia.
W lutym 2008, na rok przed setną rocznicą śmierci Mieczysława Karłowicza, Sejm ogłasza Rok 2009 Rokiem Karłowicza i za kilka miesięcy znamy harmonogram jubileuszowych obchodów. 1 marca 2008, w dniu urodzin Fryderyka Chopina, NIFC i MKiDN przedstawiają strategię działań Roku Chopinowskiego 2010, tak by 200. rocznica urodzin Chopina była największym od lat świętem jego muzyki i największą, jak dotąd, promocją kultury polskiej za granicą. Na dwa lata przed "godziną zero" wiemy o roku 2010 wszystko lub prawie wszystko. Tym samym przygotowania do Roku Chopinowskiego przyćmiewają stan gotowości przed Euro 2012.
A o wszystkim tym donosi TVP, ponownie wprowadzając do ramówki niemal całkowicie wyrugowaną muzykę poważną, bo Piotr Rubik pożerający przeznaczony na klasykę czas stawia takie warunki finansowe, których telewizja publiczna spełnić nie może.
Nierealne?
Robert Sankowski: Piosenka musi mieć tekst
Czas, aby poza muzyką polscy wykonawcy zaczęli też mieć swoim słuchaczom coś do powiedzenia. - Teksty wyginęły - oznajmili mi niedawno podczas wywiadu liderzy Zespołu Reprezentacyjnego. Rozmawialiśmy o piosence literackiej, ale ich tezę można spokojnie rozciągnąć na całą polską muzykę. Zapomnijmy o popie. Tutaj tekst, jaki jest, każdy widzi - to kraina sukcesów Dody i Gosi Andrzejewicz. Ale czy inaczej jest w gatunkach bardziej ambitnych? Nieważne, rock czy hip-hop - coraz częściej trafiam na płyty, z których nie dowiaduję się niczego nowego ani o ludziach, którzy je nagrali, ani o oglądanym przez nich świecie. Dominuje sztampa, hasłowość lub zabawa słowem. Na każdego O.S.T.R.-a czy Łonę przypadają dziesiątki wykonawców, którzy starają się ukryć to, że nie wiedzą o czym śpiewać. - W moich słowach słoma czai się/nie znaczą nic - przewrotnie przestrzegała kilkanaście lat temu Kaśka Nosowska w "Teksańskim". Paradoksalnie dziś to ona jest jednym z najciekawszych polskich tekściarzy. Za to cała masa artystów funkcjonuje tak, jakby to właśnie "Teksański" był podręcznikiem pisania polskich piosenek. O ile w ogóle chcą pisać polskie piosenki, skoro można ukryć się za angielskim. - Nie piszemy po polsku, bo myślimy nie tylko o polskich słuchaczach i chcemy być komunikatywni na całym świecie - powiedział mi w prywatnej rozmowie muzyk jednego z najbardziej obiecujących zespołów. Świetnie, ale jak na razie nie widać, żeby taka taktyka sprawdzała się w przypadku jakiegokolwiek wykonawcy. Może więc jednak warto pomyśleć przede wszystkim o fanach znad Wisły?
Fundamenty już są. Ostatnie 12 miesięcy upłynęło pod znakiem odkrywania na nowo świetnych polskich tekstów. Nieważne czy robili to Raz, Dwa, Trzy z piosenkami Młynarskiego czy Strachy Na Lachy z utworami Kaczmarskiego - płyty przez wiele tygodni nie schodziły z list przebojów. Nie dlatego, że Polacy lubią utwory, które kiedyś już słyszeli, ale dlatego, że tęsknią za dobrym tekstem. Wychowani na Przyborze i Osieckiej czy na Korze i Janerce - dobrze wiemy, jak wielką siłę potrafi mieć słowo w piosence. Młodzi polscy wykonawcy coraz śmielej szukają korzeni. Odgrzewają miejski folk, muzykę klezmerów, przedwojenne przeboje, pop z lat 70. To, że zorientują się, że piosenka to nie tylko sama muzyka, ale i dobry autorski tekst, jest kwestią czasu.
Jedną z ostatnich ważnych tekstowo polskich płyt wciąż pozostaje debiutancki album Cool Kids Of Death. I to wcale nie ze względu na buntowniczy wymiar ich piosenek, który swego czasu wzbudził taki medialny szum. Kupiły mnie ich dwa najbardziej osobiste utwory: "Uważaj" i "Piosenki o miłości". Dobre i ważne teksty w muzyce pop nie muszą mieć wymiaru społecznego (choć do tego przyzwyczaiło się moje pokolenie wychowane na muzyce lat 80.). Nie zawsze mówią o rewolucji, konfliktach i bezrobociu. Wystarczy jeśli mają dobre szlagworty, które sprawiają, że to o czym śpiewa wokalista, potrąca jakąś strunę także w słuchaczu. Bez względu na to, ile ma lat. 2007 pokazał, że wciąż pamiętamy o dawnych autorach takich piosenek. W 2008 r. czas na nowych twórców, którzy skutecznie nawiążą do tej tradycji.
Jacek Szczerba: Wołanie o ferment
Po roku 2008 w kulturze nie spodziewam się, niestety, niczego nadzwyczajnego. Ale jeśli wolno byłoby w związku z nim czegoś sobie życzyć, to poprosiłbym o odrobinę twórczego fermentu. Np. w kinie.
Niechby Starzy starli się w nim z Młodymi. Wszak Starzy wciąż są czynni. Wajda zapowiada ekranizację "Tataraku" Iwaszkiewicza (o ostatnim porywie kobiety w wieku mocno średnim), Morgenstern dopina budżet fabuły według "Całego czasu" Janusza Andermana (o literacie robiącym karierę za pomocą oszustwa), Hoffman sposobi się do fabuły o swym syberyjskim dzieciństwie, a Skolimowski właśnie kręci posępną historię palacza odpadów szpitalnych zakochanego w pielęgniarce.
Mnie Starzy nie nużą, ale chętnie przywitałbym pojawienie się Młodych, o których dotąd nikt nie słyszał, i którzy zawołaliby: "Co tam Starzy, my mamy do zaproponowania inne, energiczniejsze kino! I to tylko my potrafimy utrafić w nastroje współczesnych Polaków. Albo przynajmniej setnie ich rozerwać". Miła wizja, ale skąd takich Młodych wziąć? Ze środowiska filmów reklamowych?
Na tzw. średnie pokolenie niezbyt już liczę. To zresztą raczej zlepek paru indywidualności, które właściwie nigdy twórczo nie eksplodowały albo ich eksplozje zdarzyły się dawno temu. Swoją drogą chciałbym doczekać chwili, w której Machulski nakręci coś równego klasą "Vabankowi" (1981) i "Seksmisji" (1983). W 2008 r. chyba nie da rady, skoro będzie reżyserował komedię romantyczną "Ile waży koń trojański?".
A propos, chętnie zobaczyłbym, że rok 2008 staje się w Polsce (jak to jest w większości profesjonalnie działających kinematografii) powrotem do tzw. kina gatunkowego. Tę gatunkowość uprawiamy ostatnio głównie właśnie w sektorze komedii romantycznych. I to z marnym (poza finansowym) skutkiem. A gdzie są filmy historyczne, gdzie czarne kryminały, gdzie zwariowane komedie czy melodramaty? Nie ma, wszyscy wolą raczej "łamać gatunki", bo tak jest modniej i niby inteligentniej. Mnie jednak czystości gatunkowej brakuje. Wyostrzył mi na nią apetyt dramat sądowy Wiesława Saniewskiego "Bezmiar sprawiedliwości".
Chciałbym też w kinie roku 2008 faktów, które poziomem społecznego napięcia mogłyby się równać z udziałem polskich piłkarzy w mistrzostwach Europy. Choć w ogóle trudno sobie coś takiego wyobrazić. Ale niech tam, wystarczyłoby np., żeby na grudniowej gali Europejskich Nagród Filmowych w Kopenhadze jakiś nasz artysta był choćby w gronie nominowanych, albo żeby jakiś polski film wzięto do konkursu któregoś z trzech najważniejszych europejskich festiwali (Berlin, Cannes, Wenecja).
Życzenie ostatnie będzie tyczyć narodzin gwiazdy, idola. Oby w 2008 r. objawił się jakiś aktor (lub aktorka), z którym utożasamiłyby się miliony, którego można byłoby dopisać do łańcucha: Cybulski - Olbrychski - Linda. Piszę te słowa i sam zaczynam mieć wątpliwości. Kto by dzisiaj chciał "cierpieć za miliony"? Bardziej opłaca się przecież tańczyć na lodzie w telewizji.
Łukasz Grzymisławski: Trzeba polskiej gwiazdy!
Trudno jest zadekretować coś w literaturze, bo spośród wszystkich sztuk ta szczególnie źle znosi fałszywe tony i kalkulację.
Jeśli jednak mógłbym życzyć sobie konkretnej rzeczy w roku 2008, to chciałbym zobaczyć u nas narodziny literackiej gwiazdy formatu, czemu nie, na europejską skalę. Kogoś, kto z premedytacją, ale bez łatwej satyrycznej szarży wzgardzi narodowymi mitami, świętą tradycją nawet, a z tej wzgardy uczyni cnotę, wykrzesze z siebie jakiś rewolucyjny zapał, obrazoburczo wychyli się w przyszłość. Albo przeciwnie - kogoś, kto przed polską spuścizną się ukorzy, zaczerpnie z rozmachem, ale zada pytania, które zmuszą do przemyślenia na nowo naszego miejsca w XXI wieku.
Bo oficjalnie literatura nie uznaje granic, ale siłą rzeczy jest poprzez język dyscypliną mocno narodową. Dlatego trudniej przyjmuje się gorzkie rewelacje o kondycji Zachodu ogłaszane przez Francuza Michela Houellebecqa - brzmią nie dość blisko, przytłumione. Dlatego zazdrość budzi Etgar Keret, który w krótkiej formie mieści talent epika i ironisty, jednak bez względu na uniwersalny wymiar swoich opowiadań pozostaje rdzennie izraelski, to tamten kontekst robi z niego ciekawego pisarza. Dlatego takie wrażenie robi śmiałość Javiera Cercasa, który kilka lat temu wywołał poruszenie w Hiszpanii swoją wieloznaczną powieścią o wojnie domowej. Dlatego powieści-reportaże Martina Pollacka przystawiające lustro austriackiej amnezji są tak dobre. Dlatego "Dzicy detektywi" Chilijczyka Roberta Bolano tak oszałamiają swoim ostentacyjnie bezczelnym brakiem zainteresowania latynoską tradycją literacką.
Sposobów na błyśnięcie jakąś nową jakością jest wiele, ale specjalnie chciałbym, żeby ktoś choćby w połowie tak serio i z głębszym niż wspominki pomysłem zabrał się za naszą historię najnowszą, jak zrobili to niedawno Janusz Anderman w "Całym czasie" albo całkiem ostatnio w "Lodzie" Jacek Dukaj, zazwyczaj brany nie na serio z powodu etykietki autora s.f. i barokowych zamiłowań stylistycznych. Żeby to nie doraźna publicystyka uprawiana w prasie, albo gorzej - politycy, ale właśnie literatura miała monopol na rozniecanie społecznych debat. A prowokacyjne książki nie rozmywały się w powierzchownych polemikach telewizyjnych mądrali, jak było z tegorocznym "Wieszaniem" Rymkiewicza.
Prowokowanie to cecha numer jeden literatury w konkurencyjnych czasach internetu. Rok temu jury Goncourtów nie miało nic przeciwko, by dać swoją nagrodę - arcyfrancuską z definicji - Amerykaninowi, bo miał własny pomysł na pisanie o nazizmie, choć zdawało się przecież, że wszystko już o tym napisano.
Gwiazda w literaturze jest potrzebna, ona ciągnie resztę w górę i inspiruje, nawet poprzez gorący sprzeciw. A jeśli na dodatek potrafi pisać i znajdzie klucz do obcej publiczności, to tym lepiej - przecież ciągle nikt nie wymyślił lepszej reklamy dla całego kraju.
Marta Strzelecka: Niech życie wygra z siecią
W przyszłym roku znajdziesz swojego szefa w Naszej Klasie, a on znajdzie ciebie. Dowie się, jak wyglądasz na plaży, jakie pytania wpisujesz do Google albo do Wikipedii i jak często to robisz. Wyciągnie z tego wniosek, że nie lubisz pracować i zwolni cię. Chyba że go uprzedzisz i dodasz do przyjaciół. Wtedy będzie wiedział, że musi uważać, bo bez trudu znajdziesz na niego haka. Poznasz w sieci jego znajomych, dziewczyny, kolegów i szefów. Jeśli dodał ich do przyjaciół, a powinien, żeby nie zginąć.
Jest też szansa, że nic takiego się nie wydarzy, jeśli twój pracodawca ignoruje internet. Albo jeśli brak prywatności, ekshibicjonizm, płytkość kontaktów, swoboda eksperymentowania spowodują, że wirtualna rzeczywistość rozszerzy się do niewyobrażalnych rozmiarów, eksploduje i ułoży na nowo. O tym marzę.
Jednak zanim to się stanie, królowa Elżbieta będzie nadawała w YouTube ze spacerów w ogrodach Balmoral. Polskie gwiazdy i politycy też założą wideoblogi. Gatunek od kilku tygodni szlifuje Kinga Rusin. Franco Zeffirelli stworzy do internetu filmy prezentujące Benedykta XVI. Pisanie w sieci przestanie być fascynujące. Wygra obraz. Pomoże w tym nowy serwis Seesmic poświęcony tylko zwierzeniom do kamer, stworzony przez Loic Le Meura, doradcę Nicolasa Sarkozy'ego do spraw internetu.
Dzięki nowemu serwisowi Dopplr będziesz mógł dowiedzieć się, gdzie podróżują twoi znajomi i zaskoczyć ich, wybiegając na spotkanie w Chałupach albo na Portobello Road. Jimmy Wales, twórca Wikipedii, już się cieszy: "Wrzucasz swój kalendarz podróży i wysyłasz linki do przyjaciół. Wszyscy widzą, gdzie jesteś. Podoba mi się".
Grupy społeczne w internecie nigdy nie opierały się na wspólnym miejscu przebywania. Nie siadamy wokół stołów i ognisk, żeby opowiadać historie. Porozumiewamy się w labiryntach. Każdy jest z kimś połączony. Przyszły rok może przynieść zmiany.
Naprawdę chcieliśmy zniesienia granicy między prywatnością i życiem publicznym? Użytkownicy Facebooka protestują przed ujawnianiem zbyt wielu wiadomości na ich temat. Anonimowość? Amerykański serwis Friendster stracił popularność i przewagę nad podobnymi, kiedy zaczął być znany z tego, że żartuje się w nim na temat tożsamości. Można tam znaleźć Jezusa Chrystusa, Che Guevarę i Marilyn Monroe, ale niewielu chce ich znać. Powstał za to nowy serwis, który umożliwia tworzenie wielu przemyślanych profili, jak w rzeczywistości - dla rodziny, dla przyjaciół, znajomych z pracy. Można stworzyć własną społeczność, która jest wirtualną realizacją prawdziwych relacji.
Czy przyszedł czas, w którym internet może osiągnąć limit rozmiaru i zaśmiecenia? W YouTube jest ponad 4 tys. wideo z ludźmi wrzucającymi mentosy do coli, każdego dnia więcej. Wciąż nie wiadomo, czym się różni MySpace od Facebooka, Facebook od Bebo, Bebo od Livejournal, ile wiedzy można wpisać do Wikipedii, ile razy i na ile sposobów wrzucić do wyszukiwarki pytanie, żeby znaleźć zadowalającą odpowiedź. W grudniu Google podsumowuje, czego internauci szukali najczęściej przez ostatnie 12 miesięcy. W tym roku chcieli wiedzieć "Jak całować?", "Kim jest Bóg?", "Czym jest miłość?".
Specjaliści od reklamy zawsze wiedzą wcześniej. Z głównej strony MySpace nie schodzi baner National Fatherhood Initiative. Trzydziestoletni mężczyzna śpi na kanapie, a na jego brzuchu kilkuletnia dziewczynka. Nad zdjęciem hasło: "Czy byłeś dziś ojcem?". W MySpace muszą być odbiorcy tej reklamy. Być może wirtualna rzeczywistość zacznie przystosowywać się do natury człowieka, nie odwrotnie.
Dorota Jarecka: Polska to za mało
Moim najlepszym życzeniem dla sztuki współczesnej na nowy rok jest to, by jak najszybciej została podpisana umowa między miastem Warszawa a architektem Muzeum Sztuki Nowoczesnej Christianem Kerezem. To nie będzie tak spektakularne wydarzenie jak konkurs na ten budynek oraz wynikające stąd nieporozumienia, które zdominowały dużą część roku 2007. Niemniej zdeterminuje kształt życia artystycznego w Polsce nie tylko na rok 2008.
Tego, by budynek wreszcie zaczął powstawać, wypada życzyć Warszawie, która w okolicach Pałacu Kultury zamiast architektury ma architektoniczny dylemat. I wypada tego życzyć publiczności w Polsce. Bo bez współczesnego muzeum już nie ma nowoczesnego miasta.
Właśnie miasta, a nie stolicy, bo pojęcie stolicy w jednoczącej się Europie prawdopodobnie niebawem się rozmyje. Małe miasta mają małe muzea sztuki najnowszej, duże miasta mają duże. Warszawa musi się śpieszyć, chociaż i tak nie dogoni np. Łodzi. W 2008 r. zostanie tu otwarty nowy gmach Muzeum Sztuki. To będzie rewolucja. Zbiory sztuki XX i XXI wieku przechowywane w starym pałacu przy ul. Więckowskiego znajdą się na terenie Manufaktury, czyli dawnych Zakładów Poznańskiego. W starym gmachu zostanie perełka polskiego modernizmu - "Sala Neoplastyczna" Władysława Strzemińskiego. Kiedy pociągi do Łodzi nie będą się wlokły w tempie osobowym, co też jest moim życzeniem na rok 2008, oba gmachy zapełnią się ludźmi. W nowym gmachu zobaczymy starą kolekcję, ale urządzoną po nowemu, o zmiennych modułach, do urządzania których będą zapraszani także artyści.
Bo w sztuce znaczenie wystawy zmniejsza się na rzecz warsztatu. Do Instytutu Sztuki "Wyspa" w Gdańsku przyjedzie zespół międzynarodowych kuratorów, będą urządzać na nowo kolekcję. Od nich dowiemy się, jak można rozumieć polską sztukę. Zaś dyrektorka Wyspy Aneta Szyłak jedzie organizować warsztaty dla artystów w Iraku.
To znak czasu - Polska się otwiera, a ponieważ musi dużo nadrobić, otwiera się jednocześnie na świat i na swoje najbliższe otoczenie geograficzne. Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie organizuje wystawę wybitnego rumuńskiego fotografa Iona Grigorescu. W galerii Arsenał w Białymstoku zobaczymy alternatywne "Emergency Biennale w Czeczenii". To wystawa sztuki najnowszej, która wbrew zakazom politycznym została pokazana w Groznym w 2005 r. i teraz wędruje po niezależnych instytucjach na świecie.
Kolejny most do przejścia: Polska i Izrael. Znamienne, że Muzeum Sztuki Nowoczesnej kilka tygodni temu jako swoje pierwsze wydarzenie zaproponowało pokaz izraelskich i palestyńskich twórców wideo. A polska sztuka najnowsza pojedzie do Izraela. Wiosną 2008 rozpocznie się tam sezon polskiej kultury.
Sądzę też, że w kraju posypią się wystawy rocznicowe. Kuratorka Maria Brewińska z Zachęty przygotowuje "1968". To będzie wystawa o polskim Marcu, o paryskim Maju, ale nie tylko - w ogóle o przemianie kulturowej na świecie końca lat 60. I tu jest właśnie zmiana. Wychodzimy z naszego podwórka. Polska to za mało. Polska nie objaśni nam Polski. Trzeba spojrzeć na nią z zewnątrz.
Źródło: Gazeta Wyborcza