Rozmowa z Wiktorem Ostrzołkiem

Łukasz Kałębasiak: Podobno jako uczeń liceum plastycznego w Krakowie był Pan przez jakiś czas bezdomny, bo władze komunistyczne zamknęły jezuicką bursę.

Wiktor Ostrzołek: To była bursa o. Kuznowicza, z ogromnymi tradycjami, stworzona jeszcze przed wojną. W 1950 roku została brutalnie zajęta. Dano nam kwatery, ale daleko poza miastem. Spałem więc pod mostem zbudowanym jeszcze przez żołnierzy. Mój dzień wyglądał tak, że przychodziłem rano z tej mojej bezdomności do szkoły i tam się myłem. Zostawałem po zajęciach i odrabiałem lekcje. Potem szedłem w miasto. Jeśli pogoda była ładna, szkicowałem i rysowałem, co się dało. Przy niepogodzie chodziłem do różnych bibliotek. Dopiero późnym wieczorem szedłem na tę moją bezdomność.

Dzięki temu rysowaniu znalazł Pan jednak dach nad głową.

- Któregoś dnia rysowałem kaplicę Zygmuntowską na Wawelu. Wówczas podszedł do mnie mały chłopak i zapytał, co rysuję. Chciał się też dowiedzieć, gdzie mieszkam. Odpowiedziałem, że pod mostem. Wtedy powiedział mi, że on porozmawia z ojcem, który mówił, że przyjąłby studenta na mieszkanie. Kazał mi przyjść następnego dnia. Dzień później straszliwie lał deszcz i myślałem, że chłopak nie przyjdzie. Ale on przyszedł i zaprowadził mnie do ojca - Adama Bochnaka, profesora historii sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Prof. Bochnak przeprowadził ze mną długą rozmowę i powiedział: "Nie znam cię i nie wiem, czy po wakacjach będziesz u mnie mieszkał, ale wiem na pewno, że będziesz miał dach nad głową". Podczas wakacji przysłał mi do domu kartkę: "Zapraszam na Wawel". Z bezdomności zamieszkałem na Wawelu u państwa Bochnaków.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej