Raymond Aron uratował honor intelektualnej Francji. Uznawany przez komunizujące kręgi za myśliciela reakcyjnego, kustosza lamusa historii i przebrzmiałych idei znajdował się przez wiele lat - w szczególności w latach 50. i 60. - w intelektualnej samotni. Lewicujący studenci bojkotowali jego wykłady. Było to następstwo jego nonkonformistycznego wyboru. Aron, który tak cierpiał na potrzebę uznania, nigdy nie odstąpił od własnych poglądów z zamiarem przypodobania się większości. Nie był "reakcjonistą". Po prostu Aron nie chodził w stadzie. Myślał niezależnie. Nie był ani z lewa, ani z prawa. Sobie do końca pozostał wierny.

Po majowej rewolcie roku 1968, którą Aron odrzucał w całości, zostało obrażające zdrowy rozsądek, ale modne w środowiskach lewicy francuskiej powiedzenie, że ?lepiej mylić się z Sartre'em, niż mieć rację z Aronem?. Dla zrewoltowanej francuskiej młodzieży - przyjaciel Arona ze szkolnych lat - le petit camarade Jean Paul Sartre był wtedy współczesnym Wolterem, ideową i intelektualną ikoną. Jednak z upływem lat, w miarę bankructwa systemu komunistycznego, w miarę zmierzchu wieku ideologii i wzrostu znaczenia uniwersalnej idei praw człowieka - racje Sartre'a gasły, a nonkonformistyczne racje Arona zyskiwały uznanie. Pod koniec życia tego wielkiego myśliciela szeregi tych, którzy woleli mylić się z Sartre'em, topniały, a rosła i rośnie do dziś grupa tych, którzy chcą mieć rację z Aronem.
Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej