Tuż po siódmej, kiedy górnicy dopiero co przyszli pod Sejm, w stronę ochraniających policjantów już poleciały pierwsze petardy. - Przestańcie, nie przyszliśmy się tu napier... z policją, mamy do załatwienia ważną sprawę - wołali szefowie związków.

Wrogiem numer jeden okrzyknęli marszałka Sejmu Włodzimierza Cimoszewicza, który jeszcze rano zapowiedział, że nie wprowadzi projektu ustawy emerytalnej pod obrady Sejmu, bo "w końcówce swego istnienia Sejm nie ma prawa podejmować decyzji, które mogą zrujnować system finansów publicznych".

Dotychczasowa ustawa, według której do uzyskania emerytury wystarczy przepracować 25 lat pod ziemią bez względu na stanowisko, miała obowiązywać do 31 grudnia 2006 r.

Przygotowany kilka miesięcy temu przez "Solidarność", a podpisany przez 150 tys. osób (czyli więcej, niż pracuje w górnictwie) obywatelski projekt ustawy emerytalnej zakłada przedłużenie dotychczasowych uprawnień.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej