To nie były sprawy z pierwszych stron gazet. Dotyczyły tego, że agencje towarzyskie oferują seks za pieniądze, a nie tylko towarzyskie rozmowy, fałszywej obietnicy załatwienia nienależnych uprawnień kombatanckich czy próby przekupienia lokalnego urzędnika, by w zamian za awans zajął się napędzaniem sponsorów partii politycznej.

Co zatem łączy prezesa Stronnictwa Narodowego w Gorzowie (nagrał szefów burdeli), mieszkankę Wrześni (nagrała pełnomocnika jednego ze stowarzyszeń kombatanckich) i urzędniczkę skarbówki ze Śląska (nagrała posła AWS)? To, że na samym początku XXI wieku stali się prekursorami i potajemnie nacisnęli klawisz ukrytego gdzieś w kieszeni czy torebce magnetofonu, zanim jeszcze stało się to modne. Moda na nagrania "podstępne i bez uprzedzenia" - jak nazwał to były minister sprawiedliwości Grzegorz Kurczuk - zaczęła się równo dwa lata temu po upublicznieniu afery Rywina.
Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej