Ksiądz wolno schodzi po schodach, ciężko oddycha. Na chwilę staje w progu gabinetu. Nad framugą wisi jego ogromny, namalowany w 1983 r. portret: wyprostowany mężczyzna w sutannie do połowy przesłoniętej medalami. W drzwiach ten sam, o dwadzieścia lat starszy człowiek: z brzuszkiem, w bordowej, rozchełstanej bonżurce przepasanej aksamitnym sznurem, ze złotym łańcuchem na piersi. Tylko twarz taka sama jak ta z portretu, prawie niepostarzała.

Ksiądz Henryk Jankowski zapada się w przysadzistym gdańskim krześle: - Ledwo wytrzymałem dzisiejsze kazanie.
Pozostało 98% tekstu
Wyczerpałeś już limit bezpłatnych artykułów w tym miesiącu

Bądź na bieżąco - kup cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych
i wszystkich magazynów Wyborczej