Ksiądz wolno schodzi po schodach, ciężko oddycha. Na chwilę staje w progu gabinetu. Nad framugą wisi jego ogromny, namalowany w 1983 r. portret: wyprostowany mężczyzna w sutannie do połowy przesłoniętej medalami. W drzwiach ten sam, o dwadzieścia lat starszy człowiek: z brzuszkiem, w bordowej, rozchełstanej bonżurce przepasanej aksamitnym sznurem, ze złotym łańcuchem na piersi. Tylko twarz taka sama jak ta z portretu, prawie niepostarzała.

Ksiądz Henryk Jankowski zapada się w przysadzistym gdańskim krześle: - Ledwo wytrzymałem dzisiejsze kazanie. Tak krzyż boli, nie mogę stać...

Za oknem schludny, brukowany dziedziniec zamknięty murem i ceglaną bryłą bazyliki św. Brygidy.

Trzecie "ramię" dziedzińca to plebania - duży, stylizowany na pałacyk dom z elementami pruskiego muru. Ściany hallu obwieszone szablami, mieczykami, sztyletami, ryngrafami. W gabinecie portrety kościelnych dostojników i czarne gdańskie meble. Młody ministrant w bawełnianych spodenkach, białym T-shircie i plastikowych klapkach podaje na stół biszkopty i kawę. Dla księdza słabszą.
Pozostało 98% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej