11 członków załogi KL Stutthof i współpracujących z nimi więźniów zostało straconych w ciepły, letni dzień. 4 lipca 1946 r. w Gdańsku na wzgórze Stolzenberg (okolice dzisiejszej ul. Pohulanka) wjechały ciężarówki. Samochody zatrzymały się pod szubienicami. Skazańcom założono na szyje pętle. Gdy prokurator odczytał wyrok, auta ruszyły. Jedna z ciężarówek nie odpaliła. Stojącą na nim Wandę Klaff, obozową nadzorczynię, z platformy zepchnęła była więźniarka.

Egzekucji przyglądało się kilkadziesiąt tysięcy osób. Panowała atmosfera pikniku, sprzedawano piwo. Po wykonaniu wyroków tłum ruszył w kierunku szubienic.

Zgłosili się ochoczo do wykonania wyroku

Egzekucję w Gdańsku dokumentowali dziennikarze i fotografowie wskazani przez władze. Fotoreportaż z miejsca stracenia ukazał się w "Przekroju" z lipca 1946 r.

"Zbrodniarze byli otępiali i zrezygnowani" - relacjonował dziennikarz. "Opuściła ich zupełnie buta i pewność siebie, którą okazywali podczas procesu. Jedna ze zbrodniarek, zobaczywszy szubienicę, zaczęła spazmatycznie łkać i krzyczeć, a gdy założono jej stryczek na szyję, krzyknęła "Heil Hitler". (...) Wyrok wykonali byli więźniowie obozów koncentracyjnych, ubrani w pasiaki więzienne. Znajdowała się wśród nich jedna kobieta. Wszyscy oni zgłosili się ochoczo i mimo że przysługiwało im prawo wystąpienia w maskach, nie skorzystali z niego (...).".
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej