- Przyleciałem tutaj 13 lat temu - mówi Hamid Mohammadi Heydari (podobno w perfekcyjnym zachodnionorweskim dialekcie, tak przynajmniej twierdzi moja norweska towarzyszka).

Hamid wiezie nas taksówką do ośrodka dla azylantów w Bergen.

- Sam byłem uchodźcą. Uciekliśmy z rodzicami i bratem z Afganistanu do Iranu. Tam zakwalifikowano nas do ONZ-owskiego programu przesiedleń - opowiada mężczyzna.

Czuję, że to mój dom

Trafili do miasteczka, w którym żyło 200 osób - sami Norwegowie. Starsi byli uprzejmi, ale jasnowłose dzieciaki patrzyły na niego wilkiem. "Skąd się urwałeś, mały?" - słyszał, maszerując do szkoły. Nie wiedział, jak się zachować. W Iranie od najmłodszych lat musiał pracować. Tu dzień w dzień uczyli go norweskiego.

Podłapał szybko. Potem było już z górki. Przeprowadzka do Bergen, pierwsze mieszkanie. Pierwsza praca - kelner. Pierwszy samochód. - Norwegia dała mi szansę na nowe życie. Czuję, że to mój dom. Jestem tu już bardziej u siebie niż w Afganistanie - mówi Heydari.
Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej