Od 12 lat w muzułmańskiej Adżarii rządzi "Czerwony Książę" Asłan Abaszydze. Stworzył własną armię, zatrzymuje dla siebie pieniądze z podatków. Ogłosił wolną strefę ekonomiczną, którą złośliwi nazywają "wolną strefą przemytu". Starzejący się i słaby prezydent Gruzji Eduard Szewardnadze to wszystko tolerował. Po listopadowej rewolucji róż, która zakończyła jego rządy, Abaszydze nakazał zamknąć granice prowincji z resztą Gruzji.

Nowy prezydent Gruzji, 36-letni Micheil Saakaszwili, najwyraźniej postanowił wziąć byka za rogi. Nie wiadomo, jaki dokładnie miał być cel jego podróży do Adżarii. Wiadomo za to, że w niedzielę rano drogę zagrodziły mu czołgi. W powietrze poleciały serie z karabinów.

- Prezydent musi mieć możliwość swobodnego poruszania się po swoim kraju! - krzyczał przez megafon Saakaszwili. Czołgistów wiernych Abaszydzemu nie przekonał, dlatego odstąpił od granicy. Wkrótce potem oświadczył, że problem trzeba rozwiązać pokojowo, ale armia gruzińska została postawiona w stan gotowości bojowej. W nadmorskim Poti Saakaszwili naradza się ze swoimi wojskowymi. Tymczasem w stolicy Adżarii Batumi na ulicach widać czołgi, a cywilom podobno rozdawana jest broń.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej