Jusuf Sułtanow, który zupełnie legalnie mieszka od czterech miesięcy w mieście nad Newą i pracuje na bazarze jako tragarz, nie miał żadnych szans, by obronić swą córkę Churszedę. Kilkunastu skinheadów napadło na nich w ciemnej bramie, prawie w samym centrum miasta. - Precz z Rosji! Rosja dla Rosjan! - krzyczeli napastnicy, którzy bili tak, że Churszeda zmarła na miejscu, jeszcze przed przyjazdem karetki. Cioteczny brat Churszedy uratował się, bo zdołał się wczołgać pod jedno z aut zaparkowanych przy pierieułku Bojcowa. Przechodnie patrzyli na bestialskie wyczyny skinheadów, ale nikt nie reagował. Napastnicy mieli kije baseballowe, dębowe pałki, łańcuchy i noże. Na ciele Churszedy znaleziono 11 ran kłutych. Jej ojciec został ranny w głowę i do dziś nie może wyjść z szoku po śmierci córki.

Zawiadomiona przez jedną ze sklepikarek milicja zatrzymała 15 skinheadów podejrzanych o udział w pogromie rodziny tadżyckiej, ale wszystkich wypuszczono do domów ze względu na brak dowodów. Petersburskie gazety przypominają, że pół roku temu w podobnym incydencie zginęła sześcioletnia Tadżyjka, a dwoje jej młodszych kolegów, w tym półtoraroczne dziecko, zostało rannych.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej