Porozumienie w Atlancie zostało osiągnięte m.in. dzięki Barackowi Obamie, który w ostatnich dniach wydzwaniał do przywódców 12 krajów w nim uczestniczących i przekonywał do kompromisu. Dla prezydenta USA układ transpacyficzny (angielski skrót TPP) jest realizacją jego dalekosiężnych celów w polityce zagranicznej.

- Przyszłość Ameryki zdecyduje się w regionie Pacyfiku, tam przenosi się środek ciężkości globu - powtarzał Obama od kilku lat, choć chaos na Bliskim Wschodzie i agresja Rosji na Ukrainie, które w ostatnich latach były największymi wyzwaniami dla Ameryki i świata, wydawały się temu zaprzeczać.

TPP, w którym oprócz USA biorą udział: Japonia, Kanada, Australia, Malezja, Meksyk, Wietnam, Singapur, Chile, Nowa Zelandia, Peru i Brunei, był negocjowany przez ponad siedem lat. Jeśli zostanie przez wszystkie kraje ratyfikowany, zniesie większość barier celnych, które obecnie między nimi obowiązują. A jeśli w przypadku niektórych towarów cła zostaną, to znacznie obniżone. W ten sposób stworzony zostanie wolny rynek lub - ściślej mówiąc - prawie wolny rynek, który obejmie 40 proc. światowej gospodarki.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej