Justyna bada piersi co pół roku. Jeździ do lekarzy, robi USG, mammografię. Za każdym razem ze strachem czeka na wyniki. - Marzę o tym, żeby usłyszeć: "Pani Justyno, wszystko jest w porządku, zagrożenie minęło, może pani zapomnieć o raku". Ale tak się nigdy nie stanie. Będę bała się już do końca życia - mówi.

Żyję jak na bombie

Na raka piersi zmarła jej mama. Sześć lat temu. Miała 51 lat. Ciocia w wieku 45 lat. Babcia w wieku lat 47.

Justyna ma 35 lat. Przeszła już cztery biopsje, bo lekarzy niepokoiły pojawiające się w piersiach guzy. Dwa lata temu jeden z nich był na tyle groźny, że lekarze z Opola, pod opieką których wtedy była, zdecydowali o jego usunięciu. - Gdy poszłam na pierwszą wizytę po zabiegu, okazało się, że na miejscu usuniętego guza wyrósł kolejny. Większy - wspomina Justyna.

Wtedy postanowiła przyjechać po pomoc do Dolnośląskiego Centrum Onkologii we Wrocławiu. Słyszała dużo dobrego o specjalistach, którzy tam pracują.
Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej