Trudno ukryć: w "Love" chodzi głównie o seks, i to w 3D. Nawet w filmach porno do erotycznych scen doklejona bywa zdawkowa fabuła. U Noégo podobnie: oto młody, wciąż szykujący wielkie dzieło reżyser Murphy (Karl Glusman) ugrzązł w związku z Omi (Klara Kristin), z którą ma nieplanowane dziecko. Winowajca to pęknięta prezerwatywa. Omi była bowiem "tą trzecią", a niespełniony filmowiec kochał szaleńczo Electrę (piękna Aomi Muyock), ale wierny jej nie był.

Dowiadujemy się o tym nie od razu: Noé buduje film z poszatkowanych retrospekcji, obrazów, słów, które wirują w świadomości Murphy'ego często bez ładu i składu. Tak zapewne chciałby widzieć pożądanie - nie ma w nim początku, środka i końca, nie ma logiki i porządku. Jest chaos pragnień i doświadczeń, ciągłe "bycie na haju".

Dosłowny seks na ekranie szybko powszednieje. Owszem, z okularami 3D na nosie widzimy scenę wytrysku prosto do kamery, dobrze zaznajamiamy się z penisem głównego aktora, ale w gruncie rzeczy nic obrazoburczego Murphy i jego dziewczyna nie robią. Trochę eksperymentują, trochę bawią się narkotykami i czasem umawiają na grupowy seks. Tyle że to seks, co akurat w "Love" najciekawsze, specyficzny: realistycznie fizjologiczny, długi, monotonny. "Tak właśnie miało być" - zapewnia reżyser, który w tym tygodniu zawitał do Warszawy i Wrocławia, gdzie na przedpremierowych pokazach zgromadził tłumy fanów.
Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej