Z poznańskim podróżnikiem Maciejem Pastwą rozmawia Ludmiła Anannikova.

LUDMIŁA ANANNIKOVA: Jak się znalazłeś w Nepalu?

MACIEJ PASTWA: Pojechałem tam zaraz po trzęsieniu ziemi z Indii, gdzie koordynowałem budowę studni w kolonii dla trędowatych. Pewnego dnia wybrałem się z poznanym na miejscu Polakiem w góry. Wstrząsy zastały nas na wysokości 2,2 tys. m, w miejscowości Rimbick, 20 km od nepalskiej granicy. Zobaczyłem, że budynki zaczęły się chwiać.

Wiedziałeś, że to trzęsienie ziemi?

- Od razu. Byłem kiedyś w muzeum w Wellington w Nowej Zelandii, gdzie był symulator trzęsienia ziemi. Teraz mogę stwierdzić, że był bardzo dobry. Mój kolega nie od razu się zorientował, odruchowo ruszył w stronę budynków. Na szczęście po moim krzyku zawrócił.

Bałeś się?

- O siebie nie, bo byliśmy na otwartej przestrzeni, a wtedy nic ci nie grozi. Martwiłem się o to, gdzie było epicentrum, że uderzyło w miasto Dardżyling, gdzie zostawiliśmy rzeczy. To miasto wielopoziomowe, gdyby tam nastąpiło trzęsienie ziemi, to budynki waliłyby się jeden na drugi jak kostki domina. Bałem się też, że na Mount Evereście utworzy się lawina, bo mam świadomość, że pod koniec kwietnia setki ludzi przygotowują się tam do wejścia.
Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej