Nikt w Sealandii nie pyta o legalność programów komputerowych. Nikt nie oburza się na erotykę w sieci. Nikomu nie przeszkadzają tam hakerzy, a policja nie zrobi rewizji w poszukiwaniu zabronionych programów. Przecież nie może wejść na terytorium niepodległego (przynajmniej zdaniem jego założycieli i władców) księstwa.

Sealandia powstała w 1967 r. na opuszczonej platformie wiertniczej. Założył ją i nadał konstytucję, flagę oraz hymn Roy Bates, major armii brytyjskiej. Księstwo wydaje paszporty. Był z nimi problem, bo zaopatrywali się w nie międzynarodowi przestępcy, m.in. człowiek, który zabił słynnego projektanta mody Gianniego Versace. Sealandia przeżyła też zamach stanu - nieudany.

Dziś to pierwsze prawdziwe cyberpaństwo. Istnieje na morzu, ale znacznie potężniejsze jest w sieci: każdy może w Sealandii (za odpowiednią opłatą) zarejestrować swoją domenę internetową. Żaden rząd nie może jej zablokować. Strony w cybersealandii (wyjątkowo za darmo) mają np. emigracyjne władze Tybetu. Władza Chin nie sięga do maleńkiego państewka na Morzu Północnym.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej