Wielu przechodniów nie poznało wokalisty, który kiedyś wraz ze swoją rodziną występował dla tłumów.

- Czy to naprawdę on? - dziwił się starszy mężczyzna obok mnie. - Pewnie, słuchałam ich muzyki i chodziłam na koncerty - odpowiedziała mu młoda dziewczyna.

Rude włosy, piegowata twarz i ten głos

Ale Jimmy'ego Kelly łatwo było rozpoznać. Po głosie - tym samym który rodzinnie brzmiał w hitach "An Angel", "I Cant Help Myself" czy "Fell in love with an Allien". Ale też po wyglądzie: piegowatej twarzy i rudych włosach, tym razem ukrytych pod słomkowym kapeluszem.

Kelly starych, rodzinnych hitów jednak nie śpiewał. Wykonał za to "What a wonderful world" Luisa Armstronga. Muzyk grał na gitarze, a na fortepianie towarzyszył mu niemiecki wirtuoz Arne Schmitt.

Przechodnie nagrodzili ich występ brawami. Co chwilę słuchacze podchodzili też, by kupić płytę Jimmy'ego za 20 zł, dostać autograf czy zrobić sobie zdjęcie. Mnóstwo gapiów nagrywało też występ na telefonach komórkowych.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej