1 grudnia informacją dnia w Polsce było zwycięstwo Roberta Biedronia w wyborach prezydenta Słupska. Pierwszy w polskim Sejmie zdeklarowany gej został wybrany na prezydenta 100-tysięcznego miasta, i to wbrew wszelkim przewidywaniom i sondażom. Ta sensacyjna informacja zelektryzowała cały kraj. Środowiska liberalno-lewicowe wpadły w euforię radości, z kolei prawicowe wręcz przeciwnie - ogłosiły upadek kultury chrześcijańskiej w Polsce, a przynajmniej w Słupsku.

Jednym i drugim chodziło o to samo - o to, że homoseksualista, i to na dodatek niezwiązany ze Słupskiem, wygrał tam wybory w brawurowy sposób. Nikt nie mówił o programie Biedronia, o jego spojrzeniu na miasto, pracy, jaką wykonał. Na pierwszy plan wysunięto jego orientację seksualną.

Sensacją było już to, że dostał się do drugiej tury wyborów. Już wtedy zaczęły do Słupska zjeżdżać zagraniczne media, aby zrobić materiały o pierwszym w historii Polski prezydencie miasta, który otwarcie mówi o swoim homoseksualizmie. Przed drugą turą sondaże i politolodzy nie dawali mu jednak szans.
Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej