Lars von Trier we współczesnym kinie - zabawiającym nas w sposób przemysłowy - zajmuje pozycję wyjątkową. Udało mu się, jak niegdyś Jean-Lucowi Godardowi za czasów francuskiej Nowej Fali, przebić do dużej publiczności, pozostając artystą rękodzielnikiem.

Jak w teatrze

Świat ten został na ekranie stworzony środkami najuboższymi - z postaci aktorów i ze światła. To pozornie niefilmowe założenie sprawia, że przez trzy godziny ogląda się film bez zmrużenia oka. Nie od dziś wiadomo, że kino znakomicie znosi wszelkie umowności. Tu, jak w dawnym teatrze telewizji - sceneria zamarkowana jest za pomocą paru rekwizytów, teatralny horyzont jaśnieje i ciemnieje na przemian, sucha gałąź symbolizuje drzewo. Umowność zawiera się też w samym sposobie opowiadania podzielonego na rozdziały, ze staroświeckim narratorem, który zza kadru komentuje akcję, pozwalając sobie na zdania w rodzaju: "Słońce świeciło na rześkim niebie". Jest to światło okrutne, obnażające. Przenika na wylot filmowe Dogville - miasto bez ścian. Pojawia się w nim Grace, dziewczyna znikąd (Nicole Kidman). "Grace zaufała miastu, a ono odpłaciło jej przyjaźnią". Dzięki perswazji pisarza Toma (Paul Bettany), odgrywającego w Dogville rolę autorytetu moralnego, społeczność w demokratycznym głosowaniu przygarnia uciekinierkę zadowolona ze swego dobrego uczynku.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej