O zawarciu związku małżeńskiego do niedawna decydowało się w czwórkę - on, ona oraz jej i jego danwei, czyli jednostka produkcyjna. To pojęcie wiąże się przede wszystkim z przemysłem państwowym, który do połowy lat 90. był głównym pracodawcą dla większości Chińczyków z miast. Gwarantował im minimum płacowe - "żelazną miskę ryżu", mieszkanie zakładowe, opiekę medyczną, przedszkole dla dziecka, emeryturę i zasiłki socjalne wypłacane bezpośrednio przez zakład. Tu jednak analogie z PRL się kończą, bo Polak wracał do domu i pracodawca nie wtrącał się do jego życia prywatnego. Zaś zgodnie z chińską tradycją kolektywistyczną, w której jednostka jest podporządkowana państwu, danwei sprawuje opiekę nad pracownikami i ich kontroluje. Bez zaświadczenia z danwei czy komitetu osiedlowego bądź wioskowego nie można było zarejestrować związku małżeńskiego. "Niektóre zakłady pracy traktowały to jako rodzaj władzy" - powiedziała "Far Eastern Economic Review" Wu Changzhen z Uniwersytetu Nauk Politycznych Chin w Pekinie, zatrudniona jako konsultant przy pracach nad ustawą. Administracja mogła odmówić albo odkładać decyzję, bo dostrzegła przeszkody natury prawnej, np. bigamię jednego z przyszłych współmałżonków, ale i dlatego, że starający się o zaświadczenie był źle widziany albo ktoś niechętny postanowił mu nadokuczać. Urzędnik mógł celowo zwlekać, wiedząc, że limit liczby urodzeń na danym terenie został na dany rok wyczerpany. Nadal obowiązuje bowiem polityka jednego dziecka (rolnicy mają prawo do dwójki, mniejszości narodowe do trójki), jednostkom administracyjnym przydzielane są kwoty urodzeń na dany rok i rozliczane są z ich egzekwowania. Jak to zrobią - zależy od nich, opóźnienie zgody na zawarcie małżeństwa to też metoda regulacji urodzeń.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej