Graham L. Banes*: Przepraszam, muszę usiąść - mam malarię. Spokojnie, nie zarażam, po prostu szybko się męczę. Przechodziłem ją już sześć albo siedem razy. Uroki życia w dżungli! Cały czas trafiają się różne tajemnicze gorączki i ugryzienia owadów - mam wrażenie, że jest ich nawet więcej niż kilka lat temu. W 2010 r. przechodziłem dur brzuszny tak silny, że skończył się pękniętymi wrzodami żołądka. Mimo to nie narzekam. Większość czasu spędzam w towarzystwie orangutanów - możliwość życia blisko nich rekompensuje wszystkie niewygody.

Joanna Bagniewska: Pana pierwsza wycieczka do dżungli - spacer czy przeżycie?

- Nie znałem ani słowa po indonezyjsku, nigdy przedtem nie byłem nawet pod namiotem. Jakimś cudem znalazłem się w maleńkiej, pięcioosobowej motorówce, upchnięty między 14 Indonezyjczykami (siedzieli obok mnie, na mnie i zwisali po bokach łódki), dwoma kurczakami i kotem. Indonezyjczycy próbowali wytłumaczyć mi za pomocą szalonej gestykulacji, że łódka powoli się zanurza i że powinienem pomóc utrzymać ją na powierzchni. Pięć godzin później ujrzałem pierwszego dzikiego orangutana - młodego niewielkiego samca, na tyle ciekawskiego, że przywitał się ze mną, kiedy wychodziłem z łódki. Zostałem wtedy w dżungli na sześć miesięcy.

Często pan tam mieszka?

- Całe dnie wędruję za orangutanami - od ich pobudki do momentu, gdy moszczą sobie gniazda na wierzchołkach drzew, aby się położyć spać. Potem wracam do bazy - chatki w lesie - żeby przespać kilka godzin i być z powrotem następnego ranka pod małpią noclegownią. Pracuję z orangutanami od siedmiu lat, głównie w Parku Narodowym Tanjung Puting na indonezyjskim Borneo, siedlisku największej na świecie populacji orangutanów. Prowadzę badania ekologiczne i molekularne.
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej