Nadinspektor Józef Semik, odpowiedzialny za współpracę z policją doradca wiceministra Zbigniewa Sobotki, wyleciał gdy informacja o aferze w Starachowicach trafiła do mediów. Min. Krzysztof Janik mówił po zwolnieniu Semika, że ma dość esbeckich metod w resorcie.

Semik wyleciał, ale... pozostał - z pensją ok. 10 tys. zł brutto i służbowym autem - nadal jest sekretarzem tworu wymyślonego przez rząd Millera - Międzyresortowego Centrum ds. Przestępczości Zorganizowanej i Międzynarodowego Terroryzmu.

Do Semika - generała policji - wciąż zatem spływają m.in. informacje o najważniejszych śledztwach przeciw gangom.

- Centrum to tylko polityczna "czapa" - uspokaja jeden z oficerów Centralnego Biura Śledczego oddelegowany do współpracy z Semikiem.

"Czapa" nie ma telefonu, siedziby, sukcesów ani porażek. Biurko Semika stoi w MSWiA, ale formalnie podlega kancelarii premiera. Na szefa Centrum powołał go Leszek Miller i tylko on może go zwolnić.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej