Na placu Dąbrowskiego od kilku dni stoi duży, biały pojemnik z zamykanymi na kłódkę szafkami. Na drzwiczkach każdej szafki wisi kartka z imieniem bezdomnego i listą rzeczy, których potrzebuje. "Mam na imię Zenek, na ulicy jestem 14 lat, dziękuję za każdy miły gest", "Cześć i czołem, nazywam się Jakub, potrzebuję: jakieś dżinsy nr 41/42, cukier w saszetkach, mała kawa, skarpetki". Każdy z nich sprawdza swoją szafkę nawet kilka razy dziennie. - Pierwszą rzeczą, jaką dostałem, była kawa. To jakbym dostał prezent urodzinowy - cieszy się pan Mirek - mieszkam w piwnicy, potrzebuję jeszcze śpiwora, no i namiot mi trochę przecieka, a wybieram się na pielgrzymkę do Fatimy. W zamian chętnie pomogę w ogrodzie, mogę komuś pomalować mieszkanie - mówi pan Mirek - na szafce jest mój e-mail - zachęca. Przechodząca obok kobieta zatrzymuje się przy pojemniku na chwilę. - Ktoś prosi o telefon i zestaw startowy, to dziwne. Nie dałabym obcemu telefonu - uściśla i odchodzi.
Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej