Nazwa "Czarne zeszyty" wzięła się od koloru ceraty, w której zapiski jednego z najważniejszych filozofów XX w. leżały nietknięte przez ponad 80 lat. Od śmierci Martina Heideggera w 1976 r. rodzina stała na straży jego ostatniej woli. Zgodnie z nią ta część twórczości ukazać się miała na samym końcu monumentalnej edycji jego dzieł. Kiedy w marcu tego roku trzy opasłe tomiska "Przemyśleń" filozofa z lat 1931-41 ujrzały wreszcie światło dzienne, "czerń" z tytułu tej publikacji zyskała inne znaczenie.

Heidegger jawi się w nich jako antysemita, który podpisuje się pod spiskową teorią "światowego żydostwa" i twierdzi, że Żydzi sami są winni spotykających ich prześladowań, bo wymyślili "zasadę rasową", która teraz zwraca się przeciwko nim.

"Zeszyty są filozoficznym oszołomstwem, a ich niektóre pasaże - intelektualną zbrodnią" - ocenił Thomas Assheuer, publicysta "Die Zeit". Jego zdaniem po ujawnieniu tych poglądów nie da się już obronić postaci Heideggera. Od czasu skandalu z członkostwem Güntera Grassa w Waffen-SS żadna inna publikacja nie wywołała w Niemczech takiego wzburzenia. Znawcy twórczości Heideggera, jak wydawca "Czarnych zeszytów" Peter Trawny, podkreślają, że te 1200-stronicowe "przemyślenia" to coś znacznie ważniejszego niż brulionowe zapiski w dzienniku. Mają raczej charakter skonstruowanego z rozwagą traktatu, pisanego ręcznie niemal bez skreśleń, precyzyjnego w wymowie i stanowiącego część filozoficznej spuścizny myśliciela.
Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej